Kolekcja nietypowych zdarzeń, Tom Hanks

Kolekcja nietypowych zdarzeń, Tom Hanks



Ostatnio mamy ogromny wysyp książek pisanych przez aktorów oraz celebrytów i przyznać muszę, że zazwyczaj takie twory omijam szerokim łukiem. Tom Hanks jest jednak osobą, która sprawiła, że najpierw mocno się zastanowiłam nad tym, czy mam postąpić tak, jak dotychczas. W końcu jest to persona bardzo charakterystyczna i znana ze swojej wyśmienitej gry aktorskiej w kinowych hitach, takich, jak chociażby Forrest Gump. Dlatego też postanowiłam się temu tytułowi bliżej przyjrzeć, choćby po to, by sprawdzić co takiego Hanks ma nam do przekazania.

Kolekcja nietypowych zdarzeń to zbiór kilkunastu opowiadań z pozoru ze sobą nie powiązanych. Każde z nich rozgrywa się bowiem w różnych czasach, okolicznościach i społecznościach. Kiedy jednak przyjdzie nam się dokładnie w przedstawione historie zagłębić, zauważymy, że we wszystkich z nich pojawia się nawiązanie do maszyny do pisania. Oczywiście za każdym razem pełni ona zupełnie inną funkcję - niekiedy jest zaledwie drobnym wspomnieniem, czy narzędziem pracy. Czasem zaś wrotami do spełnienia dziecięcych marzeń. Warto nadmienić, iż w dalszym ciągu przedstawiana jest jako przedmiot, gdyż autor nie posuwa się do nadawania jej nadrzędnych funkcji, dostosowując do niej opowieść. Wygląda to tak, jakby starał się nam uświadomić, że to my dajemy wartość danej rzeczy i miarą tej właśnie wartości jest nasz wkład emocjonalny. To człowiek nadaje duszę przedmiotom i tylko on sprawia, że w jego rękach stają się czymś niezwykłym.

Tom Hanks pisze w sposób prosty, bez zbędnych udziwnień. Widoczne jest tutaj nadanie priorytetu przekazowi, choć tytuł bogaty jest również w różnorakie zabiegi literackie. Nie jest to może literatura najwyższych lotów, aczkolwiek zdecydowanie posiada swój urok. Podzielenie Kolekcji nietypowych zdarzeń na opowiadania nie dość, że pozwoliło autorowi rozwinąć skrzydła i sprawdzić się w opisywaniu różnych sytuacji, to dodatkowo przyniosło korzyść dla czytelnika, ponieważ osoby nie mające specjalnie dużo czasu na lekturę mogą sobie na spokojnie czytać po jednej historii na dzień, zupełnie nic nie tracąc. Łatwo jest też zrelaksować się przy przyswajanej treści, więc dobrze sprawdza się także jako lektura do łóżka przed snem. Sama dokładnie w taki sposób czytałam - zupełnie bez pośpiechu, delektując się nią kawałek po kawałeczku.

Kolejny tytuł trafił właśnie na moją listę zaskoczeń tego roku, urzeka on bowiem prostotą i takim przyjemnym uczuciem spokoju, które pojawia się podczas czytania. Kto by pomyślał, że kilka niepozornych opowieści potrafi tak wkręcić człowieka? Kolekcja nietypowych zdarzeń to świetny debiut aktora, nie przekombinowany i bezsprzecznie warty uwagi.

Za udostępnienie egzemplarza do recenzji dziękuję portalowi

Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl
Psiego Najlepszego, W. Bruce Cameron

Psiego Najlepszego, W. Bruce Cameron



Pierwszy śnieg już za nami, więc chyba można stwierdzić, że to dobry moment, by zacząć pisać o świątecznych tytułach. Dziś będzie o książce, której absolutnie się nie spodziewałam, gdyż informacja o niej pojawiła się dosłownie z dnia na dzień. Bruce Cameron, twórca pozytywnie odebranego "Był sobie pies" napisał nowy tytuł specjalnie na święta i tym razem również nie mogło się obyć bez wszechobecnych piesków wypełniających strony tej opowieści.

Josh Michaels jest typowym introwertykiem żyjącym w swojej spokojnej i poukładanej samotni. Stara się ułożyć sobie życie po burzliwym i bolesnym związku i choć cisza nie pozwala mu zapomnieć o tym co było, to działa chociaż kojąco na jego skołatane nerwy. Kiedy więc w przedziwnych okolicznościach przypada mu opieka nad gromadką małych, rozkosznych szczeniaczków, oraz ich mamą, jego życie przewraca się zupełnie do góry nogami. Na szczęście dobrych ludzi, chętnych do pomocy nie brakuje i kto wie, może wśród nich znajdzie się ktoś z lekarstwem na złamane serce?

Psiego najlepszego jest pozycją idealną na zimowe wieczory. Widać, że z premedytacją pisarz starał się o możliwie jak najlżejszy przekaz treści, bez wprowadzania zbędnego zagmatwania i chaosu. Z jednej strony szkoda, bo w wyniku tego zabiegu wiele ciekawych wątków zostało spłyconych, z drugiej zaś takie braki dają właśnie przyjemną, świąteczną opowieść. Przyznać muszę, że mimo tego, iż zazwyczaj wolę literaturę trochę bardziej ambitną, to i tak przeżyłam z dziełem Bruca Camerona niezwykle przyjemne chwile, gdyż jest to książka wyładowana ciepłem i ogromnymi pokładami miłości, jednak nie tylko tej romantycznej! Tak też o wilku, to znaczy, o psie mowa. Główny trzon historii stanowią perypetie Josha z psią gromadką. Cameron przedstawia zwierzęta niejako z ludzką twarzą, a sami bohaterowie ukazują unikalne podejście do czworonogów, z którym zdecydowanie warto się zapoznać. Może czasem zakrawa to o lekką przesadę, aczkolwiek sama koncepcja i chęć uzmysłowienia czytelnikom kilku spraw tyczących się prawidłowego podejścia do zwierząt są godne pochwały. Co się tyczy postaci, to skonstruowane zostały wzorowo. W końcu mamy do czynienia z realnym obrazem ludzi, których spotykamy na co dzień. Pisarz nie boi się sięgać po przeciętność, ba, w jego ręku staje się ona bronią, która tworzy tak dobry realizm sytuacyjny, że bez problemu można wczuć się w czytany tekst. Jeden jedyny zgrzyt napotkałam jednak w momencie, gdy pojawiła się druga równie ważna bohaterka. Z niewyjaśnionych przez autora przyczyn zachowuje się strasznie irytująco oraz irracjonalnie i szczególnie w tym przypadku szkoda, że nie pokusił się on na rozszerzenie wątku jej przeszłości, pozwalając tym samym zrozumieć nietypowe reakcje owej kobiety.

Mimo, że Psiego najlepszego jest już drugą z rzędu książką o psach, to i tak jest jak najbardziej udana. Może i było w niej kilka niedociągnięć, ale na szczęście w żaden sposób nie wpłynęło to na jej odbiór, dzięki czemu łatwo się przy niej zrelaksować. Tytuł ten polecam dosłownie każdemu, a jeżeli nie wiecie co sprawić bliskiej Wam osobie na świąteczny prezent, to zapraszam do księgarni. Czeka tam na Was okładkowy piesek, który z miłą chęcią przybędzie do nowego domu.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu

Zapowiedzi wydawnicze - listopad

Zapowiedzi wydawnicze - listopad




W listopadzie zwięźle, aczkolwiek solidnie bo pojawiło się kilka pozycji, po które z pewnością warto sięgnąć. Powoli wkraczają klimaty świąteczne, aczkolwiek starałam się ograniczyć tę tematykę, zachowując ją raczej na grudzień, gdzie z pewnością będzie królowała w domach czytelników. Jest kilku nowych, obiecujących autorów, ale znajdą się w zestawieniu również starzy wyjadacze i jest to zdecydowanie mieszanka wybuchowa, powodująca pieczenie oczu, ból serca i ogrom emocjonalnych zawirowań. Radzę więc zaopatrzyć się w chusteczki, herbatkę i odosobniony kąt przeznaczony na przeżywanie tych cudownie zapowiadających się tytułów.





Psiego najlepszego, W. Bruce Cameron
Premiera: 09.11.2017

"Wspaniała i zabawna historia o miłości i przywiązaniu, idealna na święta. Josh Michaels zajmuje się ciężarną suczką Lucy, a później jej rozkosznymi szczeniaczkami. Wraz ze śliczną Kerri ze schroniska planują przygotować psiaki do adopcyjnego programu świątecznego. W trakcie wspólnej przygody przy wychowywaniu pupili nawiązuje się między nimi ciepła relacja. Kiedy trzeba oddać zwierzaki, Josh orientuje się, że chce, aby zostały w jego życiu. I nie tylko one".

Dlaczego jestem zainteresowana?

Czytałam "Był sobie pies" i ryczałam jak bóbr. Po tej książce spodziewam się dokładnie tego samego i myślę, że się nie zawiodę. Twórczość Bruca Camerona ma to do siebie, że chwyta za serce i nie chce puścić, a umiejscowienie historii w ciepłych, świątecznych klimatach będzie tylko temu sprzyjać.



Z popiołów, Martyna Senator
Premiera: 08.11.2017

"Wydarzenia z przeszłości zmieniły Sarę nie do poznania, odcisnęły piętno na jej poczuciu własnej wartości i zaufaniu do ludzi. Jest teraz pewna, że miłość sprowadza się jedynie do cierpienia. Przynosi ból, łzy i rozczarowanie. Przekonał się o tym także Michał, którego wykorzystała była dziewczyna. Przypadkowe spotkanie dwóch poranionych dusz uruchamia ciąg niespodziewanych zdarzeń i pozwala im poznać życie na nowo. Budowany od lat mur, którym otaczała się Sara, zaczyna pękać za sprawą opiekuńczego Michała​".

Dlaczego jestem zainteresowana?
Zapowiada się na naprawdę oryginalny romans i to w akompaniamencie wszechobecnej muzyki!
Kto wie, być może będzie to perełka tego roku? W końcu książka ta wygląda na małe światełko w tunelu ogromu utartych schematów.




Pudełko z marzeniami, Magdalena Witkiewicz i Alek Rogoziński
Premiera: 08.11.2017

"Zdradzony przez narzeczoną i oszukany przez wspólnika trzydziestoletni Michał marzy o tym, aby zacząć nowe życie. Kiedy dowiaduje się, że podczas II wojny światowej jego rodzina ukryła w małym miasteczku na północy Polski skarb, wyrusza na jego poszukiwanie. Sęk w tym, że w miejscu ukrycia skarbu stoi teraz restauracja prowadzona przez rówieśniczkę Michała, Malwinę. Dziewczyna ma problem ze swoim ukochanym, który „odszedł w siną dal”, i babcią, która po wielu latach wróciła z Francji i koniecznie chciałaby teraz w restauracji wnuczki serwować żabie udka i ślimaki.
Michał postanawia zaprzyjaźnić się z Malwiną i zdobyć jej zaufanie, by później w tajemnicy przed dziewczyną odzyskać swój skarb. Niestety gdy w sprawę wmieszają się dwie wścibskie staruszki, dwójka dzieci i tajemniczy święty Eskpedyt, nic nie pójdzie zgodnie z jego planem.
„Pudełko z marzeniami” to przewrotna i zaskakująca komedia romantyczna o tym, że czasem należy zrezygnować z marzeń po to, aby… wreszcie zaczęły się one spełniać!".

Dlaczego jestem zainteresowana?

Książki cudownej Magdaleny Witkiewicz są zawsze strzałem w dziesiątkę. Spodziewam się wszechobecnego ciepła autorki i humoru typowego dla Alka Rogozińskiego. Nie mogę się doczekać, by sprawdzić wynik tej mieszaniny skrajnie różnych charakterów.




Światło, Jay Asher
Premiera: 08.11.2017

"Sierra prowadzi podwójne życie, a jego rytm wyznaczają święta Bożego Narodzenia. Jedno to życie w Oregonie, przy plantacji drzewek choinkowych, którą prowadzi jej rodzina. Drugie to życie świąteczne, kiedy przychodzi czas ich sprzedaży i wszyscy przenoszą się na miesiąc do Kalifornii. Gdy podczas jednej ze świątecznych podróży poznaje Caleba, wszystko się zmienia. Calebowi daleko do idealnego chłopaka. Kiedyś popełnił ogromny błąd, którego cenę wciąż płaci. Sierra potrafi w nim jednak zobaczyć coś więcej niż jego przeszłość i jest gotowa zrobić wszystko, by pomóc mu odzyskać wiarę w siebie. Sierra i Caleb odkrywają coś, co może przezwyciężyć nieporozumienia, podejrzliwość i niechęć, które narastają wokół nich: prawdziwą miłość. ".

Dlaczego jestem zainteresowana?

Przy 13 powodach czułam lekki niedosyt, bo niestety, ale tytuł ten był dość skąpy fabularnie i  jego potencjał według mnie nie został do końca wykorzystany. Liczę, że być może w tym przypadku zostanę miło zaskoczona, bo sam sposób kreacji prezentowany przez tego pisarza bardzo mi się podoba, a w tej formie może okazać się, że przyjdzie nam zasmakować naprawdę przyjemnie stworzonej historii.





Dzieci Edenu, Joey Graceffa
Premiera: 22.11.2017

"Rowan jest drugim dzieckiem swoich rodziców w świecie, w którym wolno mieć jednego potomka, a każdy kolejny staje się wyrzutkiem skazanym na śmierć. Dziewczyna żyje w ukryciu: nie może chodzić do szkoły, mieć przyjaciół ani specjalnych implantów soczewkowych, które nie tylko chronią przed szkodliwym promieniowaniem, lecz także są przepustką do społeczności Edenu.

Ziemia od wielu lat jest już martwa. Działania człowieka doprowadziły do wyginięcia wszystkich zwierząt i większości roślin. Pozostała tylko mała enklawa, Eden, w którym schroniła się reszta ocalałych, a którą zarządza Ekopanoptykon, system sztucznej inteligencji stworzony przez genialnego naukowca. Ekopan przejął kontrolę nad całą wcześniej powstałą technologią i zaprzągł ją do pracy na rzecz uleczenia Ziemi. Proces ten potrwa jednak tysiące lat, a ludzie muszą czekać na jego zakończenie w społeczności rządzącej się bardzo surowymi prawami.

Jako drugie dziecko Rowan od szesnastu lat musi ukrywać się przed bezwzględnymi urzędnikami Centrum. Wszystko wskazuje jednak na to, że jej marzenie o posiadaniu implantów i wyjściu z cienia wreszcie się spełni. Rodzice nadludzkim wysiłkiem (i kosztem) organizują dla córki upragnioną przepustkę do legalnego życia. Tylko że coś idzie bardzo nie tak. Teraz Rowan jest nie tylko nielegalna, ale i poszukiwana przez najpotężniejsze siły w Edenie…".

Dlaczego jestem zainteresowana?

Z jednej strony książka ta przyciąga mnie swoim opisem, z drugiej zaś odrzuca autor. Jakoś do tej pory nie trafiłam na dobrą powieść spod pióra youtubera, aczkolwiek  mam wielkie nadzieje. Futurystyczna przyszłość, o dystopijnym zabarwieniu jest jak najbardziej tym, czego potrzebuję w jesienne wieczory.

Bullet Book - jak łatwo rozpocząć swoją przygodę z modnym organizerem

Bullet Book - jak łatwo rozpocząć swoją przygodę z modnym organizerem


Zdarzyło się Wam kiedyś zapomnieć o jakimś ważnym wydarzeniu, albo nie wyrobić się na umówiony termin? A może nie dopilnowaliście złożonej sobie obietnicy, choć bardzo Wam na tym zależało? No właśnie, chyba każdy z nas w tej chwili odpowiada twierdząco. Od zawsze miałam z tym ogromny problem. Kupowałam kalendarze, robiłam notatki, ale wielokrotnie coś mi umykało i zawsze brakowało mi miejsca na rzeczy zgoła błahe, jednak powodujące, że ich pominięcie przyprawiało o lekką irytację z niewykonania zaplanowanych założeń. Z tego co się orientuję problem ten nie dotyczy tylko mnie, a również ogromu innych osób, które uwielbiają planować sobie czas, choć nie do końca wiedzą jak zorganizować go efektywnie. W odpowiedzi na nasze wołania od jakiegoś czasu zaczęły pojawiać się zdobywające coraz większą rzeszę fanów bullet journale, czyli specjalne zeszyty, pozwalające na samodzielne zaprojektowanie sobie terminarza, który w pełni będzie odpowiadał naszym potrzebom. Warto również nadmienić, że trend ten nie pojawił się z pierwszym wydanym zeszytem, a z pomysłem umiejscowionym na czystej kartce papieru. Metoda jest więc o wiele starsza, niż by się mogło wydawać, jednak wraz z popularyzacją tego pomysłu zaczęło powstawać wiele sposobów na drogę "na skróty".

I w tym momencie właśnie przechodzimy do głównego tematu tego tekstu, jakim są świeżo wydane poradniki do tworzenia organizerów. Wydawnictwo Insignis podesłało mi niedawno do przetestowania dwie "książki" - jedną z typowymi poradami, a drugą z miejscem na zamieszczanie własnych treści. Nie powiem, to świetny sposób na zwalczenie w sobie wewnętrznego lenia, bo wszelkie informacje mamy podane jak na tacy, więc nie trzeba się specjalnie głowić ani nad pomysłem, ani też nad wykonaniem.



Twój rok z bullet bookiem. Jak dzień po dniu kreatywnie zorganizować sobie życie.
Zennor Compton

Twój rok z bullet bookiem to książka zapoznająca z podstawowymi technikami prowadzenia bullet journala. Zawiera w sobie ogrom porad oraz przykładowe pomysły pozwalające na stworzenie na własną rękę organizera nawet w zwykłym zeszycie. Dla artystycznych niedojd takich jak ja, jest to idealne remedium, a możliwość łatwego przerysowania pozwala nawet w jakimś stopniu cieszyć się efektem finalnym, który - o zgrozo! nie wypada tak źle. Ciekawi, co dokładnie tutaj znajdziecie? Są tu gigantyczne pokłady pomysłów na aktywności takie, jak chociażby wiosenne porządki (czyli możliwość oznaczania swojej codziennej staranności w wykonywaniu obowiązków), pomysł na tabelę szybkich recenzji książek, zawierającą w sobie również skale ocen, czy też sprawny system monitorowania swoich postępów w oglądaniu seriali. Warstwa merytoryczna wzbogacona jest o dodatkowe rysunki, które dzięki swojej prostocie są możliwe do wykonania nawet przez największe beztalencie, ponieważ nawet rysowanie prostych listków ma tutaj swój tutorial!


Bullet Book. Bądź pięknie zorganizowana.
David Sinden

Z zupełnie innej strony prezentuje się za to "książka" Bullet Book - bądź pięknie zorganizowana.
W sumie, miano książki to lekka nadinterpretacja, ponieważ jest to journal w czystej postaci, tyle, że w wersji dla lenia. Jest to już gotowy organizer czekający na wypełnienie, ALE! zaprojektowany w taki sposób, by bez problemu dodawać pomysły własne, bądź zaczerpnięte z Twojego roku z bullet bookiem. Oprawa graficzna jest niesamowita, uzupełniona wieloma inspirującymi sentencjami, sprawiającymi, że chce się co chwilę zaglądać do środka. Możliwości jakkolwiek jest wiele, gdyż sam dziennik daje ich taką różnorodność, że jest w czym przebierać. Mi osobiście ta opcja bardziej pasuje od samodzielnego wypełniania zeszytu, bo nie mam niestety takiej ilości czasu, ani też zdolności plastycznych, nieocenionych przy prowadzeniu dziennika, a w tym przypadku wszystko już czeka na nas pięknie przygotowane i aż prosi się o wypełnienie. Warto też wspomnieć, że sama cena takiej przyjemności nie jest wygórowana, bo kosztuje jedynie około 25 zł, co w dobie drogich kalendarzy jest nie lada plusem.

Czy mogę zatem tytuły te polecić? Zdecydowanie. Przyznam, że sprawdzają się w każdej formie - kupowane pojedynczo, czy w parze, przynoszą tyle samo pożytku. Sięgnijcie po Rok z Bullet Bookiem, jeżeli jesteście typowymi samoukami, którzy mają swoje ścisłe wymagania, a będziecie zachwyceni. Ogrom dodatkowych pomysłów, dających spore pole do inwencji własnej jest nieoceniony przy tworzeniu własnego dziennika. Bullet Book. Bądź pięknie zorganizowana sprawdza się zaś świetnie dla osób, pragnących "poczuć" na czym magia modnych dzienników polega. Jest to świetny starter dla początkujących, którzy przede wszystkim chcą najpierw zobaczyć, czy taka forma zapisywania swoich planów w ogóle im przypasuje. A może połączyć w jedno możliwości obu książek? Cóż, wyborów jest wiele i jedno jest pewne - w żadnym wypadku nie będziecie zawiedzeni!

Za udostępnienie Bullet Booków do recenzji dziękuję wydawnictwu


Żniwiarz. Czerwone słońce, Paulina Hendel

Żniwiarz. Czerwone słońce, Paulina Hendel



Skoro w poprzednim poście zaczęłam pisać o świecie słowiańskich stworów, grzechem byłoby nie wspomnieć również o kontynuacji przygód Magdy Wojny, czyli o Czerwonym Słońcu. Druga już część serii o perypetiach Żniwiarzy swoją premierę miała nie tak dawno temu, bo z końcem września i została ciepło przyjęta przez spore grono czytelników. Ciężko bowiem oprzeć się fascynującej tematyce naszych dawnych wierzeń oprawionych w przyjemną w odbiorze fabułę. Czy jednak druga część dorównała swojemu poprzednikowi? A może jest lepsza?

Po śmierci z rąk ukochanego, Magda Wojna powraca w zupełnie innym, wojowniczym wydaniu. W niewyjaśnionych okolicznościach, dziewczyna odradza się jako Żniwiarz i przejmuje charakter właściciela ciała, w którym się znajduje. Protagonistka pała żądzą zemsty, a jej nowe, impulsywne "ja" bierze nad nią górę, przez co pakuje się w jeszcze większą ilość niebezpiecznych sytuacji, zarazem jednak odkrywając kolejne zagadki prawdziwych motywów Pierwszego.

Trochę szkoda przyznać, ale fabularnie nowe dzieło Pauliny Hendel ma do zaoferowania dokładnie tyle, ile znajduje się w powyższym opisie. Widać jak na dłoni, że autorka uczyniła z tego tytułu wstęp do finału, który rozgrywać się będzie w trzeciej części, przez co akcja trochę się rozlazła. Nie brakuje oczywiście licznych potyczek z upiorami, opisanych w jak zwykle niesamowity sposób, jednak prócz tego Czerwone Słońce pełni raczej rolę przygotowawczą. Charaktery bohaterów klarują się, postaci w końcu dostają pazura i jest to jak najbardziej zjawisko pozytywne. Magda z grzecznej, posłusznej rodzinie dziewczynki staje się naprawdę twardą babką (choć trochę rozwydrzoną, ale coś za coś), a Mateusz pokazuje zupełnie inną, nie znaną nam dotychczas twarz i w sumie nawet wolę go bardziej w tym wydaniu, mimo że brzemię wydarzeń z części pierwszej zostawiło na nim swoje piętno. Zostały wprowadzone również nowe osoby, dodające kolorytu opowieści i choć z początku podchodziłam do tego z dystansem, to w ostatecznym rozrachunku stwierdzam, że bez nich historia ta byłaby zdecydowanie uboższa i mniej zabawna. Kiedy jednak przyjdzie nam pominąć aspekty stricte powiązane z kreacją bohaterów, to ze smutkiem przyjdzie nam dostrzec, że całość ich działań jest jak błądzenie we mgle. Nie wiedzą za bardzo co i jak zrobić, by uzyskać nowe informacje, co nie sprzyja rozrywkowej funkcji tej opowieści. Dopiero pod sam koniec akcja zaczyna się rozkręcać, jednak zaraz się kończy i to w najbardziej kulminacyjnym momencie. W ten sposób przyszło mi się zirytować, bo pozostałe rozdziały wypadają względem ostatniego naprawdę blado, bo prócz oczywistych starć i perypetii, w faktycznej linii fabularnej dzieje się bardzo mało.

Czy jest to jednak powód, by tytuł ten skreślić? Z pewnością nie, choć wolałabym mieć teraz pod ręką część trzecią i pewnie fakt ten byłby dzięki temu zdecydowanie łatwiejszy do przełknięcia. Ja osobiście do cierpliwych osób nie należę i teraz mam lekką nerwicę, jednak ci wytrwalsi z was, dla których takie przerwanie w wątku nie sprawi różnicy, będą z książki zapewne zadowoleni. Spowolnienie fabuły zostało wykonane jak nic, w sposób celowy, aczkolwiek uważam, że można by było skończyć całość w nieco grubszej dylogii. Nie mniej jednak, dla samych opisów starć jestem w stanie znieść wszystko, bo są naprawdę fantastyczne, tym bardziej, że Magda w końcu może działać bez ograniczeń, dzięki czemu możemy zobaczyć pracę Żniwiarzy od tej bardziej brutalnej i zdecydowanie ciekawszej strony.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu


Żniwiarz. Pusta Noc, Paulina Hendel

Żniwiarz. Pusta Noc, Paulina Hendel




Kocham naszą rodzimą fantastykę, bo ilekroć sięgam po jakiś tytuł z tego gatunku, to mam do czynienia z oryginalnymi pomysłami, przeplatanymi naprawdę wartką akcją. Ciężko mi z tego powodu zrozumieć, dlaczego tak wiele osób podchodzi do naszych autorów tak sceptycznie, woląc sięgać po dzieła zagranicznych pisarzy. Przecież mamy Kossakowską, Gołkowskiego, czy nawet właśnie samą Paulinę Hendel, na których książki warto zwrócić uwagę, bo wręcz rozkładają na łopatki swoją pomysłowością. Żniwiarz jest nową serią, oddzielającą grubą krechą dotychczasowy dorobek pisarki. Postapokaliptyczne kreacje zostały zastąpione przez świeżą formę w postaci młodzieżowego fantasy i to mocno zakorzenionego w polskim folklorze, dzięki czemu Pusta Noc pełna jest unikatowego klimatu, którego na krajowej scenie ewidentnie brakowało.

Magda Wojna wiedzie z pozoru zupełnie normalne życie - spędza sporo czasu w gronie rodziny i pomaga mamie w prowadzeniu księgarni. Po wsi krążą jednak pogłoski, że cała rodzina Wojnów jest mimo wszystko jakaś dziwna i podejrzana, a Magdzie lepiej nie wchodzić w drogę. Na pierwszy rzut oka wydawać by się mogło, że to wyssane z palca plotki, ale prawda jest zgoła inna. Kiedy nadchodzi noc, dziewczyna wraz ze swym wujem Feliksem ściga upiory, które dla zdecydowanej większości ludzi są przestarzałym zabobonem. Jak się jednak okazuje, wszystkie mary z czasów pogańskich jak najbardziej istnieją, a między nimi i bezbronnymi ludźmi stoją żniwiarze - osoby, których dusze po śmierci nie odchodzą w zaświaty, tylko w ramach pokuty migrują do innych ciał, by następnie trudnić się w ryzykownych łowach na nadnaturalne stworzenia. Można by nawet uznać, że w tej "zwykłej" codzienności owej osobliwej dwójki nic nie odbiegało od normy, do czasu, aż z dnia na dzień okolicę zaczęła zalewać niecodzienna fala potępionych, a pozostali żniwiarze zaczęli znikać jeden po drugim. Magda i Feliks pod wpływem tych wydarzeń postanawiają znaleźć winowajcę. Czy jednak są dostatecznie gotowi na to, by się z nim zmierzyć?

Muszę przyznać, że choć w ostatnim czasie coraz więcej na naszym rynku wydawniczym książek o takiej tematyce, a sama nisza zdaje się w końcu powoli wypełniać, to Paulina Hendel stworzyła serię, która w pewien sposób wyróżnia się na tle pozostałych. Z jednej strony widać podobieństwa do Wiedźmina czy Szeptuchy, z drugiej jednak oprawa w postaci niebanalnej koncepcji na stworzenie ciekawego profilu żniwiarzy i umiejscowienia go w bardzo prostej formie przekazu jest już zabiegiem zupełnie odróżniającym go od wspomnianych tytułów. W Pustej Nocy autorka zawarła ogromną liczbę potyczek ze słowiańskimi bytami, siląc się na taką różnorodność, że trudno o nudę. Pod względem konstrukcji również nie mam niczego do zarzucenia, ponieważ akcja jest dobrze rozłożona, a napięcie dawkowane jest stopniowo. Nie nazwałabym jednak tej pozycji specjalnie ambitną, bowiem jest to opowieść zdecydowanie prosta i przedstawiająca wartości czysto rozrywkowe. Nie jest to oczywiście wadą, w szczególności dla tych, którzy od samego początku są świadomi tego, po co sięgają.

Bohaterowie to kolejny atut tej książki. Prości, swojscy, z dobitnie zarysowanymi charakterami i brakiem jakichkolwiek wewnętrznych rozterek. Ot, mamy do czynienia z typowym przykładem sielskich wyobrażeń o życiu ludzi ze wsi. Trudno mi określić, czy w ogóle trafiłam na kogoś, kogo jakoś specjalnie bym nie polubiła, bowiem nawet antagoniści dawali mi powody, dla których można by darzyć ich sympatią. Cieszy również fakt, że choć faktycznie pojawia się wątek romantyczny, to ciężko o nazwanie go gorącym przeżyciem opisanym na kartkach. Jest to bardziej kwitnąca, stabilna przyjaźń, nie wywołująca w czytelniku uczucia zażenowania.

Przyjemnie tak od czasu do czasu poczytać coś niezobowiązującego. Szczególnie, gdy człowiek wróci zmęczony po pracy i jedyne o czym marzy, to miękkie łóżko i gorąca herbata. To właśnie na takie wieczory Pusta Noc jest pozycją idealną i polecam ją każdej osobie szukającej lekkiej przygody, chroniącej przed jesienną chandrą.

Młody świat, Chris Weitz

Młody świat, Chris Weitz



Tym razem, kiedy sięgałam po kolejny tytuł do recenzji, trafiło na książkę kogoś znanego, bo trzeba przyznać, że kto jak kto, ale Chriz Weitz jest dość rozpoznawalnym reżyserem, a szczególnie dla tych, którzy kinem choć odrobinę się interesują. Pracował przy filmach takich jak Zmierzch, Złoty Kompas, czy Łotr 1, więc na wieść o zbliżającej się premierze jego książki od razu wiedziałam, że prędzej czy później po nią sięgnę. Czy jednak Młody Świat okazał się być równie dobrze wykreowany, co inne dzieła autora?

Tytuł książki idealnie obrazuje faktyczny stan rzeczy, bowiem świat dosłownie jest młody. Po całej planecie krąży niebezpieczny, nieznany nikomu wirus, za sprawą którego wyginęli dorośli oraz dzieci. Na Ziemi pozostali więc jedynie nastolatkowie, którzy za wszelką cenę walczą o przetrwanie w tej nowej, brutalnej rzeczywistości. Jefferson oraz jego obóz od kilku lat ledwo wiążą koniec z końcem. Kiedy jednak pojawia się małe prawdopodobieństwo, że wirusa można pokonać, wraz ze swoimi kompanami postanawia sprawdzić prawdziwość tej informacji. Przed chłopakiem daleka droga, a Nowy Jork nie jest już taki, jak kiedyś. Bandy uzbrojonych nastolatków kręcą się na każdym kroku i tylko czekają na okazję, by zaatakować i pozyskać nowe łupy. W tym świecie nikt nie jest potencjalnym przyjacielem, a wszechobecny chaos tylko czeka, by pochłonąć kolejne ofiary.

Młody świat, jak już pewnie zdążyliście zauważyć, jest tytułem plasującym się w gatunku post-apo. Nie jest jednak utrzymywany w klimacie ciężkiej, poważnej atmosfery, co często się w tym przypadku zdarza, a niesie za sobą pewną dozę świeżości i swobodnych wypowiedzi charakterystycznych z resztą dla młodego pokolenia. Sama koncepcja mimo wszystko, na pierwszy rzut oka wydaje się być oklepana. W końcu z podobną sytuacją mieliśmy już do czynienia w przypadku serialowego The Walking Dead, gdzie temat zombie był sprawą raczej drugorzędną, a pierwsze skrzypce grały relacje międzyludzkie i walka o zasoby. Oczywiście, można by nawet uznać, że kreacja jest wręcz bliźniaczo podobna, bo w końcu zamiast zombie mamy zabójczą chorobę, a problem przetrwania i walka obozów są wręcz identycznie zobrazowane, jednak wszystko rozbija się o szczegóły, którymi książka została napakowana po same brzegi i to właśnie te smaczki sprawiają, że opowieści tej nie chce się rzucić w kąt, a chłonąć. Różnice zaczynają się, gdy przyjdzie nam chociażby spojrzeć na fabułę pod względem radzenia sobie ludzi z zaistniałą sytuacją. W TWD los ludzkości został zapieczętowany i nie ma nadziei na życie w świecie bez zombie, zaś w Młodym świecie tragiczny stan rzeczy nastolatkowie starają się za wszelką cenę zmienić, bo ewidentnie jest na to szansa. Sama skala problemu jest też inna, bo o ile da się żyć (choć mało komfortowo) w świecie z żywymi trupami, o tyle nie jest to możliwe, gdy tylko pewna grupa wiekowa na tym świecie istnieje, a po osiągnięciu pewnego wieku umrze i nie pozostanie już nikt.

Jestem w ogóle pełna podziwu dla Chrisa Weitza za to, jak realistycznie uchwycił możliwy przebieg wydarzeń oraz reakcje ludzi. Nastolatkowie popadają w szaleństwo, bo większość nie widzi nadziei na poprawę sytuacji. Przekraczają więc granice dotychczas ustanowione przez społeczeństwo, posuwając się do najbardziej absurdalnych i obrzydliwych czynów, w wyniku czego Ziemia stała się miejscem bezprawia i cierpienia, a jakakolwiek radość nie ma prawa bytu, co na każdym kroku jest czytelnikowi przypominane. Nie brakuje również ogromu akcji, niejednoznaczych, trzymających w napięciu sytuacji i świetnie wykreowanych postaci. Realizm zachowań bije po oczach i pozwala na zżycie się z bohaterami, co nie jest takie proste do osiągnięcia. Spodziewajcie się więc dużej dawki śmiechu, strachu i smutku wkomponowanych w brutalną rzeczywistość przyprawiającą wręcz o gęsią skórkę.

Choć może i Weitz nie odkrył ameryki na nowo, to jednak jego książka przypadła mi do gustu. Ciekawie było doświadczyć tego świata pełnego nastolatków, którzy w wyniku tragedii musieli niezwykle szybko dorosnąć. Myślę, że Młody Świat może spodobać nie tylko fanom klimatów rodem z The Walking Dead, ale i również osobom, które dopiero swoją przygodę z post-apo rozpoczynają, bo tytuł ten bezsprzecznie wzmaga apetyt na więcej tego typu przygód.


Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu




Lata powyżej zera, Anna Cieplak

Lata powyżej zera, Anna Cieplak



Lata powyżej zera nigdy nie plasowały się na mojej liście książek do przeczytania. W sumie, to trafiłam na nie zupełnie przypadkiem przy okazji współpracy z wydawnictwem Znak Literanova, kiedy to do paczki egzemplarzy recenzenckich tytuł ten został mi dołączony w gratisie. Znając życie zabrałabym się za niego o wiele później, gdyby nie fakt, że towarzyszył mu pewien list i to tak przyjemny w odbiorze, że moje czytelnicze plany zmodyfikowałam zupełnie i przeczytałam właśnie tę pozycję jako pierwszą. Obiecywano mi wiele, przede wszystkim wielki powrót do lat dzieciństwa i możliwość poczucia raz jeszcze klimatu dawnych lat, czy jednak w ostatecznym rozrachunku cokolwiek chwyciło mnie za serce?

Druga już powieść pisarki przedstawia obraz naszego kraju mniej więcej w latach milenijnych. Będzin to małe miasteczko, jakich z resztą u nas wiele. To właśnie w nim mieszka główna bohaterka książki - Anita Szymborska. Kiedy w bliźniacze wieże WTC uderzają samoloty, dziewczyna postanawia zmienić coś w swoim życiu. Po raz pierwszy pragnie skończyć z okresem dzieciństwa i na własny sposób sięgnąć dorosłości. Cóż to, że stara się osiągnąć ten cel zmieniając jedynie gatunek słuchanej muzyki. Bądź, co bądź zdarzenie to okazuje się być zaledwie wierzchołkiem góry lodowej pokrętnej drogi ku odnalezieniu się w tym skomplikowanym świecie.

Anna Cieplak ewidentnie nie stworzyła tytułu o wartkiej akcji. Jak na dłoni widać, że nie jest to priorytetem, a poszczególne wydarzenia przedstawiane są w formie epizodycznej, wyodrębniającej jedynie sytuacje przełomowe w życiu nastolatki. Pierwsze skrzypce gra tutaj zdecydowanie wywoływanie konkretnych emocji i to właśnie one są głównym trzonem przekazu, z dominującą nostalgią na czele. Autorka nie szczędzi na sentymentalności, którą operuje za pomocą wywoływania wspomnień o poszczególnych elementach kultury masowej. Zbieranie karteczek, Gadu-Gadu, a nawet głupie puszczenie sobie sygnałów na telefonach są tak zakorzenione w naszej przeszłości, że nie trudno jest o rozrzewnienie jedynie na samą myśl. I to tyle, jeżeli chodzi o otoczkę tej opowieści, sprawiającą, że nie da się od niej oderwać i znacznie podnoszącej walory lektury. Nie dajcie się jednak zwieść, bowiem Lata powyżej zera to nie tylko hołd dla przeszłości, to głęboko ukryte rozliczenie ułomności tamtego okresu. Ta niezwykle mądra książka skrywa w sobie rozmyślania obnażające dawne źle funkcjonujące wzorce oraz problematykę bardzo często spotykanego unikania kwestii niewygodnych i w teorii nie akceptowalnych przez społeczeństwo. Poruszany został tu przekrój rozmaitych tematów od problemu alkoholizmu zaczynając, a na zmaganiach pierwszej fali emigracyjnej kończąc. Można pokusić się o stwierdzenie, że jest to esencja słodko-gorzkiej prawdy, która sprawia, że ostatecznie zastanawiamy się, kiedy w końcu było lepiej. Może jednak dobrze, że nastało nowe? A może błogie czasy niewiedzy warte są przeżywania pewnych niedogodności? Niestety, nie znajdziecie tu odpowiedzi na to pytanie, jednak autorka w swojej kreacji stwarza pole, pozwalające na odpowiedzenie sobie na nie samemu, bowiem pełno tu możliwości na spojrzenie na własne życie z pewną dozą dystansu.

Jeszcze nie zdarzyło mi się, abym 300 stronicową książkę przeczytała w zaledwie dwie godziny. Z wypiekami na twarzy przyszło mi przeżywać swoje dzieciństwo raz jeszcze. Intrygująca jest ta możliwość spojrzenia na własną przeszłość z zupełnie innej strony, bo choć z początku jesteśmy urzeczeni wspomnieniami dawnych zabaw, to ostatecznie zauważamy, że okazują się być zaledwie punktami w morzu niedoskonałości dawnego systemu społecznego. Przez specyficzną formę ukazywania rzeczywistości trudno jest mi określić dla jakiego grona odbiorców powinna trafić ta opowieść. Książka choć ciekawa i pełna melancholii, nie jest moim zdaniem dla każdego, bowiem wydaje mi się, że osoba nie dorastająca w tamtych czasach może mieć trudności z wczuciem się w jej specyficzny klimat, objawiający się w odmiennym stylu wypowiedzi, bardzo powiązanym nie tylko z tamtymi latami, ale i bezpośrednio z ówczesnym pokoleniem. Tym zaś, którzy wraz ze mną tamten okres przeżyli, zdecydowanie tę przygodę polecam, gdyż będzie to niesamowita okazja do powrotu nie tylko do dzieciństwa, ale i do dawno zapomnianych myśli, które niegdyś krzątały się po naszych głowach.


Za udostępnienie egzemplarza recenzenckiego dziękuję wydawnictwu


Goodbye Days, Jeff Zentner

Goodbye Days, Jeff Zentner



Recenzja Goodbye days nie miała być z początku tekstem przyjemnym. Po przeczytaniu kilkudziesięciu stron, zwyczajnie miałam ochotę przerwać lekturę i wyrzucić tę książkę w jakąś bezdenną otchłań. Wszystkie wydarzenia dziejące się na jej łamach wydawały mi się bowiem absurdalne i wyssane z palca, a zmarnowany potencjał bił po oczach. Kilkukrotnie zostawiałam tę historię na później i na szczęście, dzięki mojemu uporowi, udało mi się ją ukończyć. Na szczęście, bo jak później się okazało w ogóle nie było tak źle. Wątki ostatecznie zostały logicznie wyjaśnione, a każda kolejna strona była dla mnie emocjonalnym tornadem.

SMS, który zabił. Brzmi groźnie, prawda? Pewnie każdy wyobraża sobie teraz, że było w nim nakłanianie do samobójstwa, bądź jakieś bardzo krzywdzące słowa. Rzeczywistość Carvera wygląda jednak zupełnie inaczej. "Gdzie jesteście, chłopaki? ODPISZCIE.", dokładnie te cztery słowa wystarczyły, by jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki doszło do trzech zgonów. W wypadku samochodowym zginęli najbliżsi przyjaciele nastolatka, a otoczenie szuka winowajcy tej strasznej tragedii. Trudno powiedzieć, czy faktycznie winna była nieuwaga kierowcy, ze względu na odczytywanie wiadomości, czy też zawinił prowadzący tira, jednak jedno jest pewne - gdyby nie to jedno felerne pytanie, wszystko miało szansę skończyć się zupełnie inaczej.

Opowieść stworzona przez Jeffa Zentnera, choć z początku faktycznie zagmatwana, jest ciekawa i pełna refleksji. Na jej łamach można dostrzec różne oblicza ludzi, zmieniające się jak w kalejdoskopie pod wpływem nieoczekiwanej i trudnej do zaakceptowania utraty bliskiej osoby. Jest to niejako delikatna próba analizy natury człowieka oraz ukazanie, że tak wielki ciężar może odmienić go raz na zawsze. Zabiegi te niezwykle dobrze sprawdzają się w praktyce, gdyż pozwalają na własnej skórze odczuć emocje postaci, które do przyjemnych zdecydowanie nie należą. Bohater przechodzi swego rodzaju rytuał przejścia żałoby, od stanu kompletnego załamania i obwiniania wyłącznie własnej osoby, a stanem względnej akceptacji otaczającej go, nowej rzeczywistości. Niezwykle dobrze śledzi się tę podróż pełną wewnętrznych rozterek i narastających sprzeczności. Pokusić się mogę nawet o stwierdzenie, że jest w tym nutka takiej masochistycznej przyjemności z możliwości dzielenia wraz z Carverem negatywnych uczuć, wypełniających naszą głowę prawie do samego końca. Wszystko to wynika z tego, iż zarówno styl wypowiedzi, kreacja bohaterów jak i  sposób, w jaki został przedstawiony problem śmierci, ukazany jest bardzo realistycznie i jak na dłoni widać pewne psychologiczne wzorce. Autor sprawił, że z lektury tej można z pewnością wyciągnąć pewną życiową naukę i przestrogę na przyszłość. Tytuł dodatkowo obfituje w piękne, pełne sentencji słowa, a całokształt daje wyraz bardzo dojrzałej młodzieżowej książki.

Goodbye Days jest bardzo ciekawym czytelniczym przeżyciem. Przez większość czasu dołująca historia, przynosi pod koniec dziwne uczucie ukojenia dla kłębiących się w głowie myśli i podstawę dla wielu rozważań o wartości naszego istnienia. Polecam ją osobom, które szukają dobrego przesłania ukrytego w lekkiej i przystępnej formie. Mam też nadzieję, że nie jest to moje ostatnie spotkanie z twórczością Jeffa Zentnera, bo udowodnił, że nawet osoba zawodowo zupełnie oderwana od literatury może okazać się całkiem dobrym pisarzem.

Za udostępnienie egzemplarza do recenzji dziękuję wydawnictwu


Copyright © 2014 moja booktopia , Blogger