Zapowiedzi wydawnicze - czerwiec

Zapowiedzi wydawnicze - czerwiec




Pewnie już sądziliście, że się poddałam? Otóż nie! Witam Was serdecznie po długiej przerwie, spowodowanej natłokiem zajęć na uczelni i zmianą pracy, co oczywiście zaowocowało wszechogarniającym stresem i chronicznym brakiem czasu, ale jestem, piszę i żyję, więc nie wszystko jeszcze stracone. Żeby jednak nie przedłużać i jakoś otworzyć na nowo serię kolejnych artykułów, które mam nadzieję, zaczną obficie napływać na mojego bloga, chcę jeszcze póki czas zrobić małe zestawienie tytułów mających swoją premierę w czerwcu. Trochę tego jest, jednak zdecydowanie mniej niż w miesiącu poprzednim. Jakoś tak część książek w ogóle przestała trafiać w mój gust, a tytuły być może dawniej mnie interesujące, zaczęły przyprawiać mnie o gigantyczne "meh". Mimo wszystko, jest kilka takich perełek, po które z pewnością sięgnę - czy to za sprawą opisu, czy też naprawdę dobrych opinii w internetach.



Bad Mommy, Tarryn Fisher
Premiera: 14.06.2017

"Jolene i Darius Avery są szczęśliwą parą i rodzicami kilkuletniej Mercy. Pewnego dnia do sąsiedniego domu wprowadza się tajemnicza Fig. Szybko zaskarbia sobie sympatię młodego małżeństwa i staje się najbliższą przyjaciółką Jolene. Z czasem zachowanie Fig staje się coraz bardziej niepokojące - kobieta gromadzi w domu rzeczy identyczne jak u przyjaciółki, kupuje takie same ubrania, a na Instagramie publikuje zdjęcia Dariusa. Czy prawdziwym obiektem jej zainteresowania jest Jolene, jej przystojny mąż, czy mała Mercy? A może chciałaby mieć ich wszystkich? Tarryn Fisher nakreśliła niezwykle intrygujące portrety psychologiczne bohaterów. W jakim stopniu ich motywacje są szczere? A może wszystko, co pokazują otoczeniu, to perfekcyjnie wyreżyserowany spektakl?"

Dlaczego jestem zainteresowana?

Z twórczością Tarryn Fisher miałam już styczność przy Margo i byłam wówczas niezaprzeczalnie w tej książce zakochana. Styl autorki i kreacja prezentowanych przez nią postaci w stu procentach mi odpowiada i mam nadzieję, że tak samo będzie w przypadku Złej mamy. W końcu zapowiada się na scenie wydawniczej kawałek dobrego thrillera, którego brakuje nam od długiego już czasu, a nastroje panujące w blogosferze dodatkowo tylko wzmagają moje podjaranie tym tytułem, który już nawet teraz, samym opisem potrafi wywołać gęsią skórkę i narastające w głowie pytania, z jakimi ewenementami przyjdzie nam się tym razem mierzyć.


Ogród małych kroków, Abbi Waxman
Premiera: 14.06.2017

"Minęły trzy lata, odkąd Lily w wypadku straciła męża. Udaje jej się normalnie funkcjonować, nawet odnosi sukcesy jako ilustratorka w wydawnictwie, jednak wciąż bardzo tęskni za ukochanym. Jak ognia unika nawiązywania nowych znajomości, a czas wolny spędza w towarzystwie córek i rozrywkowej siostry. Dlatego gdy w ramach przygotowań do nowego projektu firma wysyła ją na kurs ogrodnictwa , Lily zabiera rodzinę ze sobą. Dziewczyny świetnie się bawią, a jej udaje się na kilka chwil zapomnieć o tęsknocie. Szybko okazuje się, że sadzenie roślin i pielenie grządek to nie tylko przyjemne hobby, ale też okazja, by spojrzeć na swoje życie z innej perspektywy i skonfrontować się z niewygodną prawdą o sobie samej".

Dlaczego jestem zainteresowana?

Ponieważ oczekuję książki pełnej życiowych przemyśleń, nieco spokojniejszej fabularnie, jednak chwytającej za serce. Mam szczerą nadzieję, że to właśnie w Ogrodzie małych kroków znajdę to, czego szukam, bo opis daje mi niemałe nadzieje, że tak właśnie będzie. Póki co wszystko wskazuje nam na bohaterkę, która nie będzie użalała się nad sobą,  a całość oprawy będzie wprost idealna na ciepłe, letnie wieczory.




Lokatorka, JP Delaney
Premiera: 14.06.2017

"Emma już nie mieszka przy Folger Street 1, na jej miejsce wprowadza się Jane. Obie lokatorki, obecna i była, są do siebie bardzo podobne: kolor włosów, rysy twarzy, pragnienie rozpoczęcia wszystkiego od nowa. Ultranowoczesne mieszkanie wymaga dostosowanie się do surowych reguł narzuconych przez właściciela, ale wydaje się idealne do porządkowania życiowego chaosu. Kobiety łączy coś jeszcze - enigmatyczna więź z właścicielem apartamentu. Jednak po pewnym czasie obok pożądania pojawia się niepewność i niepokój. Co różni Emmę i Jane? Emma już nie żyje, Jane jeszcze tak".

Dlaczego jestem zainteresowana?

Z jednej strony thriller, z drugiej nasuwa się myśl o ewentualności pojawienia się wątku kryminalnego, a może nawet psychologicznego. W tym zestawieniu Lokatorka wypada naprawdę dobrze, a tajemnicza atmosfera tylko podsyca moje zainteresowanie.




Początek wszystkiego, Robyn Schneider
Premiera: 14.06.2017

"Kiedy wydaje ci się, że to już koniec, właśnie wtedy możesz być...na początku wszystkiego. Ezra Faulkner jest gwiazdą swojej szkoły: popularny, przystojny i dobrze zbudowany. Miał nawet zostać królem balu maturalnego. Ale to było zanim...zanim dziewczyna go zdradziła, auto roztrzaskało mu kolano, jego dobrze zapowiadająca się kariera sportowa legła w gruzach, a przyjaciele zdobyli się jedynie na to, aby wysłać mu do szpitala kartkę z życzeniami szybkiego powrotu do zdrowia. Cassidy Thorpe to dziewczyna inna niż wszystkie. Zjeździła kawał świata, nocą wykrada się z gitarą na dach internatu, tańczy tak, jakby krótka chwila miała trwać wiecznie, i zna naprawdę dziwne słowa. Spotkanie tej dwójki jest przypadkowe, ale zmieni ich życie na zawsze. Cassidy wciąga Ezrę do swojego niesamowitego świata, w którym nie ma końców - są tylko nowe początki".

Dlaczego jestem zainteresowana?

Jako, że z dnia na dzień dni są cieplejsze, a wieczory krótsze, nie mogę oprzeć się sięgnięciu po książkę z pozytywnym przesłaniem. Początek wszystkiego zapowiada się na kawałek lektury mającej za zadanie przewartościować niektóre aspekty naszego życia i pozwolić spojrzeć na wiele spraw z zupełnie innej, lepszej perspektywy.



Czas zmierzchu, Dmitry Glukhovsky
Premiera: 14.06.2017

"Gdyż nieszczęście świata jest tym, że chory jest Bóg jego, stąd i świat choruje. W gorączce jest Pan i jego dzieło gorączkuje. Umiera Bóg i stworzony przez niego świat umiera. Lecz nie jest jeszcze za późno. Zawodowy tłumacz otrzymuje zlecenie przekładu hiszpańskiego dziennika wyprawy, która w XVI wieku z polecenia franciszkanina Diega de Landy wyruszyła po święte księgi Majów. Im bardziej tłumacz ulega fascynacji księgą, tym śmielej tajemnicze bóstwa Majów przenikają do współczesnej Moskwy. Duszna atmosfera tropikalnej selwy zadomawia się w arabskich zaułkach. Tymczasem z nagłówków gazet, z wiadomości radiowych i telewizyjnych napływają niepokojące doniesienia o kolejnych kataklizmach. Zniszczenia są ogromne, a ofiar - tysiące. Co łączy wierzenia Majów z naszym, zdawałoby się, postreligijnym postrzeganiem rzeczywistości? Czy jest jakiś związek między współczesnymi wydarzeniami a wyprawą opisaną na kartach tajemniczego dziennika? Związek ten zdaje się dostrzegać tylko jeden człowiek".

Dlaczego jestem zainteresowana?

Uśmiecham się na samo wspomnienie pewnego dnia, kiedy dowiedziałam się, że zapowiedziano reedycję Czasu zmierzchu. Po książkę niestety nie miałam nigdy okazji sięgnąć, a teraz mam ku temu okazję i to w zdecydowanie ładniejszym wydaniu. Połączenie postapo z akcentem religijnym jest zdecydowanie tym rodzajem tematyki, po którą sięgam z wielką chęcią. Nie ma bowiem tego dużo na rynku, a mieszanka ta sprawdza się naprawdę dobrze w praktyce. Z przyjemnością przekonam się i tym razem, czy Glukhovsky nie zawiedzie moich, bądź co bądź, dużych oczekiwań.


Ostrze zdrajcy, Sebastien De Castell

Ostrze zdrajcy, Sebastien De Castell



Jakoś tak ciepło w sercu mi się robi, kiedy widzę, że jakaś książka ma naprawdę mocną kampanię marketingową. Od razu wraca mi wiara w ludzkość i nachodzi człowieka takie spostrzeżenie, że jeszcze czytelnictwo w tym naszym kraju nie przepadło, skoro tworzy się tak spore reklamy. Dokładnie takie myśli przechodziły mi przez głowę, gdy widziałam dosłownie na każdym kroku informacje na temat Ostrza Zdrajcy - pierwszej książki w naszym rodzimym przekładzie, spod pióra Sebastiena De Castella. Z początku niepozornie pojawiały się pierwsze informacje nęcące ciekawość, później bannery na stronach internetowych, by w ostateczności z grubej rury ruszyć na targach książki w Warszawie, gdzie uzbrojeni jegomoście rozdawali próbki owej powieści, i to w całkiem zgrabnych torbach z okładkową grafiką. Równie uderzający jest fakt, że książka ta niejednokrotnie wspominana jest jako odpowiedź na Trzech Muszkieterów, dlatego też nabuzowana myślą, że czeka mnie naprawdę świetna przygoda, postanowiłam po nią sięgnąć, gdy tylko nadarzy się okazja.

Ostrze zdrajcy wprowadza nas w świat, w którym od lat toczy się konflikt o władzę. Książęta zabili króla, zyskując przy tym możliwość stanowienia własnego prawa na należnych im ziemiach, a królewska organizacja Wielkich Płaszczy straciła swój dawny blask. To właśnie z jej członkami przeżyjemy przygodę na łamach książki. Falcio, Kest i Brasti po pięciu latach od śmierci swego pana starają się związać koniec z końcem, byleby tylko przetrwać kolejny dzień. Całkiem przypadkowo zostali wciągnięci w pewien spisek, i jak to w życiu bywa cała wina została zrzucona właśnie na ową trójkę. Starają się rozwikłać sprawę zarzuconego im morderstwa, przy okazji wpadając w jeszcze większe tarapaty niż poprzednio i na tym chyba poprzestanę, bo jak zacznę wyjaśniać przebieg poszczególnych zajść, to zdradzę Wam wszystkie najlepsze smaczki!

Jeśli czytacie ten tekst w dniu jego ukazania się na łamach mojego bloga, to wiedzcie, że mimo upływu czasu, w dalszym ciągu czuję adrenalinę. Matko, tę książkę czytałam jednym tchem i z trudem było mi przestać! Sposób w jaki Sebastien De Castell opisuje wydarzenia, te genialne wstawki z retrospekcjami i sceny walki (w szczególności sceny walki!), tworzą mieszankę tak wybuchową, że kiedy już było po wszystkim, kiedy odłożyłam tytuł na bok, złapałam się za głowę i rzuciłam cicho "co ja właśnie przeczytałam". Czuć tutaj ewidentną inspirację Trzema Muszkieterami, jednak w tym przypadku rolę narratora odgrywa sam Falcio, który nie dość, że wprowadza do swego umysłu i rozważań podczas trwania bieżącej akcji, to jeszcze raczy nas wspomnieniami, które przypominają mu się w określonych sytuacjach. Tego typu zabieg wyśmienicie sprawdza się w tłumaczeniu zawiłości historii naszych trzech towarzyszy w sposób lekki i nie kolidujący z fabułą. Szczególną sympatią darzyłam właśnie fragmenty z przytaczanej przeszłości, gdyż niekiedy w swych opisach przypominały baśń, bądź wywód barda z odpowiednio podkoloryzowanymi fragmentami. Prawie każda wypowiedź bohaterów jest swoistą grą słów i niedopowiedzeń, dzięki czemu to czytelnik jest stawiany przed zadaniem odpowiedniego zinterpretowania tekstu i w ten sposób każdy może odebrać tę książkę zupełnie inaczej. W branży growej jest takie świetne słowo, które opisuje "wtopienie się" w świat i rozgrywające w nim wydarzenia. Chodzi mi dokładnie o "immersję" i muszę przyznać, że Sebastien De Castell jest mistrzem w tej dziedzinie. Sceny walki są niesamowicie realistyczne, dynamiczne i ciekawe. Po prawdzie prawie cała książka to jedna wielka scena walki, jednak nie martwcie się - żadna bitwa nie jest taka sama, a sposoby pokonania wrogów są niekiedy tak finezyjne i zarazem przezabawne, że lepsze to od czytania o kolejnych intrygach. Podoba mi się również fakt, że żaden z bohaterów nie gra roli pierwszoplanowej w rozgrywających się wydarzeniach. Zdecydowanie można odczuć, że świat poradziłby sobie bez tej trójki i trwałby dalej niezależnie od tego, czy by im się powiodło, czy też nie. Mimo to, każda wykreowana osoba ma swój niepowtarzalny charakter i cel w życiu, przedstawiony w sposób tak dobitny i skrajny, że nikt, ale to absolutnie nikt nie jest pominięty. Muszę też wspomnieć, że osoba Krawcowej ma swoje szczególne miejsce w mej pamięci, bo bezlitośnie rozgromiła wszystko i wszystkich na łamach powieści, w wyniku czego zbierałam szczękę z podłogi za każdym razem, gdy tylko wkraczała do akcji.

I cóż mogę Wam powiedzieć? Zatkało mnie, moi drodzy, bo Sebastien De Castell jest mistrzem budowania nastrojów oraz ich nagłej zmiany. Jestem zauroczona tą książką do głębi i to w tak dużym stopniu, że mam gorącą nadzieję, iż kiedyś uda się tę serię przerzucić na duży ekran, bądź pod postacią serialu (tę formę nawet wolałabym bardziej). Kupujcie, pożyczajcie, czytajcie, bo zdecydowanie warto. Szykuje się nam bowiem ewidentny pretendent do miana książki roku i najlepszego tytułu fantasy ostatnich lat! Teraz z bólem w sercu zostaje mi tylko czekać do kolejnej części i mam szczerą nadzieję, że nie aż tak długo, gdyż już teraz tęsknię za moimi trzema wielkimi płaszczami.


Za możliwość przeczytania książki dziękuję wydawnictwu




Tysiąc pięter, Katharine McGee

Tysiąc pięter, Katharine McGee



Podróże na spore odległości w krótkim czasie? Automatycznie sterowane samochody? A może wielka wieża mieszcząca w sobie tyle mieszkańców, co małe państwo? Cóż, Tysiąc pięter jest z pewnością epicentrum takich pomysłów, a futurystyczna wizja ukazana w książce najpierw porwała mnie opisem, a później, choć z oporem - gdy się w nią zagłębiłam. Była to jednak przygoda pełna zwrotów, nie tylko akcji, ale też moich czytelniczych doświadczeń. Czy mimo wszystko, w ostatecznym podsumowaniu tytuł ten się obronił?

Wizja przyszłości ukazana w roku 2118 nie odbiega tak bardzo od tego, czego się po nim spodziewamy. Zaawansowanie techniczne wybiegło na przód, spełniając wszelkie nasze najskrytsze marzenia. Powstały samowystarczalne miasta, sztucznie modyfikowane zasoby, takie jak lepsze zamienniki dla szkła, drewna, a nawet jedzenia. Ludzkości udaje się również kontrolować pogodę. W tak przedstawionej wizji poznajemy Nowy Jork i to zmieniony nie do poznania. Wszystkie ważne zabytki zniknęły, zniknął także Central Park będący dumą swego miasta. To właśnie na nim wybudowano ogromną na tysiąc pięter budowlę, przyćmiewającą wszystko, co dotychczas stworzono i to właśnie do niej przeniesiono wszelkie dobra tego miasta. Wieża jest mieszaniną różnych kultur, gdzie wraz z rosnącym piętrem rośnie również status społeczny. Na tysięcznym poziomie budynku mieszka Avery - genetycznie zaprojektowana do bycia idealną nastolatka, oraz jej adoptowany brat Atlas. Poniekąd to oni właśnie będą nadawać rytm historii, jednak bohaterów w przypadku tej książki jest zdecydowanie więcej i każda kolejna osoba pojawiająca się na jej stronach, choć z początku niewinnie, w ostateczności nadaje sens i znaczenie zakończeniu.

Z góry zapowiadam, nie będzie to tekst typowy ze względu na to, że sama książka jest dość niestandardowa. Swoim charakterem przypomina bardziej serial ala Moda na sukces. Jest to jednak porównanie dość niefortunne, mające jedynie na celu zaznaczyć, jakiego typu fabuły możemy się spodziewać (na szczęście bez dużej ilości zmian partnerów i powtarzających się w nieskończoność żenujących kłótni). Nie znajdziemy tu również zawirowań akcji, wszystko przebiega gładko, a tempo nadają jedynie kolejne ujawnione tajemnice, czy też wynikające z tego afery, ponieważ to właśnie one sprawiają, że ostatecznie ktoś zginął. Nie jest to spoiler, żeby nie było. Są to tak naprawdę pierwsze zdania w tej książce, a każdy kolejny rozdział jest tak naprawdę rozwikłaniem zagadki kto i dlaczego do tego doprowadził. Przez ten jednostajny, przeplatany małymi zwrotami akcji rytm, tytuł czytałam niesamowicie długo, co było dość męczące zważywszy na fakt że akcja posuwała się bardzo powoli. Ogólnie według mnie książka mogłaby być krótsza o jakieś 100 stron, bo przyśpieszyłoby to rozgrywające się wydarzenia, bez specjalnego uszczerbku dla opowieści bohaterów. Co najzabawniejsze, samo zakończenie pozostawiało spory niedosyt i było w nim wiele kwestii wymagających zamknięcia. Być może jest to otwarta furtka dla napisania kontynuacji? Tysiac pięter daje zupełnie inne doświadczenia niż typowa młodzieżówka. Mamy tutaj szeroko zarysowany konflikt klas, oraz ich dramaty. Każdy mierzy się z innymi demonami. Biedota pragnie żyć idealnie, jak mieszkańcy górnych pięter, którzy według nich wiodą beztroskie życie bez głodu. Zaś wysocy statusem społecznym walczą z własnymi problemami pełnymi kłamstw i intryg. Pragną również normalności, gdyż widać ewidentną tęsknotę za dawnym życiem sprzed kilkudziesięciu lat, gdzie nie każdy musiał być perfekcyjny, byleby tylko nie stworzyć rysy na swoim wizerunku publicznym. Przyznam, że osobiście przeraża mnie taki świat, w którym wszystko i wszyscy mogą być zaprojektowani na nasze skinienie i nic nie zależy już od natury. Takie społeczeństwo traci bowiem swoje korzenie, a tym samym charakter i osobowość.

Trudno jest mi ocenić jaką książką jest tak naprawdę dzieło Katharine McGee. Do wysunięcia sprawiedliwej oceny trzeba wziąć fakt, że wychodzi poza przyjęte schematy. Nie określiłabym jej jako złej, trudno mi też nazwać ją po prostu dobrą. Tysiąc pięter ma w sobie zdecydowanie coś, co ciężko mi uchwycić w wypowiedzi. Próbując określić jej istotę w jednym słowie, użyłabym określenia "niepowtarzalna". Z pewnością i w Waszym przypadku, kiedy już po nią sięgniecie, odczucie to będzie wam towarzyszyć aż po ostatnią stronę. Tytuł ten polecam szczególnie tym, którzy szukają odmiany na rynku wydawniczym, tylko ostrzegam - nie każdemu może przypaść do gustu.















Czytaj z klasą - najlepsze gadżety dla książkoholika

Czytaj z klasą - najlepsze gadżety dla książkoholika




W życiu każdego zapalonego czytelnika nastaje w końcu taki uroczysty moment, kiedy decyduje się na coś więcej niż kolejną książkę. Chodzi mi dokładnie o zakładki, okładki i inne gadżety mające za zadanie umilić nam lekturę. Stworzyłam więc małe zestawienie skupiające naprawdę niezłej roboty dodatki czytelnicze. Z pewnością przypadną niejednej osobie do gustu i zaoszczędzą tak cenny czas, który przecież można przeznaczyć na czytanie!


Tojko
(https://tojko.pl/)


Tojko to jednoosobowa firma, która zajmuje się sprzedażą pięknych zakładek i przypinek, zarówno z postaciami z książek, filmów, jak i autorskimi pomysłami twórcy. Z informacji zawartych na stronie wynika, że okładki tworzone są przez mola książkowego, który kocha rysować! Polecam szczególnie, gdyż w ostatnim czasie pojawiły się także zakładki na dzień mamy.


Weź nie czytaj
(https://www.facebook.com/weznieczytaj/)


Genialne zakładki bazujące często na okładkach książek. Autorka wprowadziła również w ostatnim czasie projekty w 100% własnej roboty. Profil instagramowy Weź nie czytaj opływa wręcz w dobrociach i zachęcam Was gorąco do obejrzenia tych niesamowitych zdjęć. Na chwilę obecną sprzedaż jest wstrzymana, jednak warto czekać na kolejną partię!

Pakamera
(http://www.pakamera.pl/)


Pakamera oferuje bardzo duży wachlarz produktów przeznaczonych dla czytelników. Łatwo tu o znalezienie idealnego etui, czy metalowych zakładek bazujących na znanych książkowych motywach. Wszystko oczywiście ręcznie wykonanie z tkanin najlepszej jakości.

Epik Page
(https://epikpage.pl/)


Genialne postaci z ulubionych książek? Specjalnie przygotowywane paczki z gadżetami z popularnych czytelniczych serii? To i jeszcze więcej z pewnością znajdziecie w sklepie internetowym epik page! Szkoda tylko, że zakładki zamiast być gumowe, są z papieru fotograficznego. Warto jednak mieć nadzieję, że kiedyś ten stan rzeczy się zmieni.
Książki idealne na dzień matki

Książki idealne na dzień matki




Co roku nastaje ten czas, kiedy nasza mama ma swój specjalny dzień. Z pewnością tak jak ja, już na kilka tygodni wcześniej zastanawiacie się w jaki sposób podziękować jej za włożony w wasze wychowanie trud. Zazwyczaj kończy się i zaczyna na kwiatach, które oczywiście są bardzo miłym upominkiem, jednak czuć czasem ten niedosyt spowodowany nie wręczeniem czegoś bardziej osobistego, czegoś do czego będzie mogła wracać. Książki w tej sytuacji są odpowiedzią na wszystko. Nie kosztują dużo, mogą być więc świetnym uzupełnieniem kwiatów, a dodatkowo skrywają bardzo przyjemne historie umilając każdemu kilka godzin życia. Oczywiście ile mam, tyle gustów, więc postanowiłam stworzyć małe zestawienie tytułów umiejscowionych w różnych gatunkach literackich, które z pewnością mogłabym polecić na ten specjalny dzień.



Fantastyczna mama
(Kategoria: Fantastyka)



Książki autorstwa Sarah J. Mass są według mnie świetne zarówno dla osób obeznanych już z fantastyką, jak i tych dopiero swoją przygodę rozpoczynających. Wartka akcja i przyjemny sposób opisywania świata sprawia, że ten grubasek liczący ponad 600 stron, nie dość że szybko znika, to jeszcze piekielnie wciąga. Zarówno Dwór cierni i róż, jak i jego druga część to książki, które absolutnie skradły moje serce za sprawą połączenia naprawdę porządnego wątku romantycznego i fantastycznego, oraz pięknie wykreowanego świata. Płakałam czytając obie częśći, ba, nawet zdarzyło mi się po skończonej lekturze wrócić do nich jeszcze raz, bo tak duży czułam niedosyt. Psst! podobno w okolicach września ma pojawić się kontynuacja serii.

Mama - detektyw
(Kategoria: Kryminał)


Kasacja jest pierwszym tomem serii o Joannie Chyłce. Pani adwokat prowadzi sprawę beznadziejną, a pomaga jej w tym młody praktykant - Zordon. I w tym momencie powinien skończyć się poważny ton mojej wypowiedzi, gdyż sama książka jest pełna perypetii, żartów sytuacyjnych i napisana jest w sposób tak lekki, że aż dziw bierze iż autorowi udaje się utrzymać równocześnie czytelnika w napięciu i na każdym kroku zwalać z nóg kolejną zabawną sceną.


Mama w akcji!
(Kategoria: Thriller)


Kolejna książka Mroza w zestawieniu, jednak nie bez przyczyny. Behawiorysta jest połączeniem thrillera z kryminałem. Możemy też zauważyć bardzo dużo wątków psychologicznych. W odróżnieniu od Kasacji styl wypowiedzi jest już zdecydowanie poważniejszy i świetnie współgra z głównym bohaterem - Gerardem, dawnym prokuratorem wyrzuconym przez kilka źle podjętych decyzji. Jest to dla mnie książka najlepsza w swojej kategorii za sprawą nie gasnącego napięcia, które trzymało mnie w garści aż do ostatniej strony. Zapewniam, tytuł ten zaskoczy was niejednokrotnie, a w szczególności wtedy, kiedy najmniej będziecie się tego spodziewać.

Romantyczna mama
(Kategoria: Literatura romantyczna)


Co prawda pisałam już wcześniej o tej książce, której recenzję możecie znaleźć TUTAJ, jednak jest ona warta kilku kolejnych słów. Confess jest zdecydowanie czymś więcej niż typowy romans, gdyż niesie ona ze sobą głębokie przesłanie i traktuje również o tematach takich jak problemy rodzinne, bezsilność wobec choroby, czy szukanie pewności siebie. Zdecydowanie polecam, jeżeli szukacie czegoś nieszablonowego, co daje z siebie więcej, niżbyśmy oczekiwali.

Mama obyczaju
(Kategoria: Literatura obyczajowa)


Czereśnie zawsze muszą być dwie jest perełką polskiej literatury obyczajowej. Znajdziecie tu pięknie opisane ludzkie losy w sposób jak najbardziej realistyczny, bez zbędnych przesad. Jest to historia z jednej strony prosta, a z drugiej chwytająca ze serce swoją prostotą i ciepłym przesłaniem. Magdalena Witkiewicz ukazuje jak odbija się nasza przeszłość na teraźniejszości i to, że nawet najmniejsza decyzja może w sposób gigantyczny odbić się na naszym życiu. Tytuł ten jest pozycją dobrą nie tylko na dzień matki, a też na ukazującą się wiosnę.




The Call. Wezwanie, Peadar Ó Guilín

The Call. Wezwanie, Peadar Ó Guilín



Czy zdarzyło się wam kiedyś, że zdecydowaliście się na daną książkę ze względu na jej genialny wygląd? The Call było dla mnie dokładnie jednym z takich przypadków. Za każdym razem, gdy chodziłam po księgarniach, zaraz w oczy rzucała mi się piękna czerwono-różowa okładka pokryta malutkimi czaszkami i z pozłacaną czcionką. Po części głupio mi się przyznać, ale był to główny powód, dla którego postanowiłam przeczytać ten tytuł. Nie miałam w sumie nic specjalnego do roboty, a cierpiałam na przestój czytelniczy i nie wiedziałam za bardzo, którą książkę z kupki wstydu ruszyć. Tak więc wzięłam czytnik, włączyłam Legimi i mając w pamięci przepiękny wygląd tego tytułu postanowiłam pobrać go na swoją półkę.

The Call umiejscowione jest gdzieś na pograniczu literatury młodzieżowej i fantastyki, z dużą ilością elementów charakterystycznych dla dystopii. Akcja rozgrywa się w Irlandii, jednak nie takiej, jaką znamy ją dzisiaj. Wyobraźcie sobie, że żyjecie normalnie tak jak teraz, w tym właśnie kraju i nagle, zupełnie niespodziewanie wasze telefony tracą łączność, wyspę otacza jakaś dziwna bariera powodująca, że statki po prostu znikają i jesteście zupełni odcięci od reszty świata. Dokładnie z taką sytuacją muszą zmierzyć się wykreowani bohaterowie. Na domiar złego, okazuje się że dawne Irlandzkie legendy są prawdziwe, a starożytna rasa Sidhe po wielu wiekach pragnie zemsty za wygnanie do Szaroziemii - obrzydliwego, trudnego do zamieszkania miejsca pełnego śmiertelnych niebezpieczeństw i trujących oparów. A cóż byłoby lepszą zemstą na odwiecznym wrogu, niż uderzenie w to, co ma najcenniejszego? Między 10 a 18 rokiem życia, każde dziecko bez wyjątku poddawane jest próbie. W losowym momencie swojego życia zostaje przeniesione do krain Elfów, zupełnie nago i bez żadnej broni. I w tym właśnie momencie mogę wytłumaczyć o co chodzi z tymi wspomnianymi na odwrocie okładki słowami wspominającymi o 3 minutach. Osoby, które zostały porwane mają bowiem dokładnie 3 minuty na próbę przeżycia tego starcia. Są to oczywiście minuty ludzkie, gdyż w krainach Sidhe czas mierzony jest inaczej i sądząc po opisach zamieszczonych w The Call, można wywnioskować, że jest to odpowiednik niecałego dnia w Szaroziemi. Przeniesione osoby są zupełnie bezbronne i muszą zrobić wszystko, by przetrwać, bo może czekać ich los zdecydowanie gorszy niż śmierć.

W takim właśnie świecie żyje Nessa - główna bohaterka książki. Jest ona postacią stworzoną w sposób zdecydowanie niestandardowy. Nie mamy w tym przypadku do czynienia ze schematycznym sposobem kreacji, bo owszem, bohaterka jest silna, jednak w zupełnie inny sposób niż zazwyczaj.
Nie ma żadnych specjalnych mocy, ba - można ją nawet uznać za przeciwieństwo takiego stanu rzeczy. Pierwszy raz spotykam się z tym, że w książce podchodzącej pod fantasy, osoba wiodąca fabułę jest częściowo niepełnosprawna. Nessa ma porażenie nóg, co sprawia że nie jest w stanie poruszać się o własnych siłach ze względu na wykrzywienie kończyn. Mimo wszystko nikt nie głaskał jej po głowie, a Szaroziemia nie ma zamiaru robić dla niej wyjątku i dziewczyna robi dosłownie wszystko, by przygotować się do swojego wezwania. Mogę nawet pokusić się o stwierdzenie, że wielu autorów powinno czerpać inspirację z takiego sposobu przedstawienia postaci. Ewidentnie widać, że w tym przypadku to, kim stała się Nessa jest wynikiem wielu lat mozolnej pracy nad sobą, zarówno pod względem fizycznym, jak i psychicznym. Nikt nie zesłał jej gwiazdki z nieba, nikt jej nie wspiera w tym, co robi, a mimo to samodzielnie stawia czoła krępującym sytuacjom, spojrzeniom pełnym politowania, czy niebezpieczeństwom. Zauważyłam jednak jeden dość smutny mankament dzieła Peadara Ó Guilína, którym jest fakt, iż bohaterka została tak porządnie stworzona, że przyćmiewa inne postaci, w wyniku czego pozostali wypadają przy niej naprawdę blado i łatwo o nich zapomnieć.

Wezwanie czyta się potwornie gładko. Świat przedstawiony jest w prostych słowach i konkretnych opisach, które łatwo sobie wyobrazić. Mimo wszystko książka jest moim zdaniem zbyt lekka, bo przez ten niezwykle przyjemny odbiór burzy się atmosfera grozy, tak pieszczotliwie budowanej przez autora. Podoba mi się jednak wykorzystanie elementów mitologii Irlandzkiej, będącej brutalniejszą wizją elfów, przedstawianych zazwyczaj we wszelakiej fantastyce jako rasa pokoju. Te elfy są złe, są spaczone i to właśnie ludzie do tego doprowadzili. Łatwo jednak znaleźć podobieństwa do innych dystopii, takich jak choćby Igrzyska Śmierci i czuć że pisarz ewidentnie się tym tytułem inspirował, co przyznam - mnie osobiście zawiodło.

The Call jest z pewnością książką, którą poleciłabym osobom zmęczonym poważną fantastyką, bądź tym, którzy dopiero zaczynają swoją przygodę z tym typem literatury. Daje ona z pewnością wytchnienie od ciężkich dialogów i opisów mimo, że temat w niej zawarty nie należy do tych pozytywnych. Jeśli więc szukacie czegoś lekkiego na wiosenne wieczory, to właśnie ten tytuł będzie solidną pozycją ze względu na prosty, jednak ambitny przekaz.


Confess, Colleen Hoover

Confess, Colleen Hoover





Colleen Hoover była zawsze jedną z tych autorek, po których książki miałam ochotę sięgnąć, ale jakoś nigdy nie było ku temu okazji. Premiera Confess była więc momentem idealnym, by móc przekonać się, czy tak często zachwalane przez czytelników tytuły faktycznie są czymś, przy czym warto poświęcić te kilka godzin na lekturę. Tak, jak wspominałam już wcześniej, przy okazji wpisu o majowych premierach, przy wyborze właśnie tej książki jako pierwszej, zadecydował ciekawie opisany wątek na odwrocie okładki wskazujący, że treść jest głęboka i zawiera w sobie więcej, niż przeciętna literatura romantyczna. Czy było tak w rzeczywistości?

Confess opowiada o życiu dwójki ludzi, na pierwszy rzut oka w ogóle ze sobą nie powiązanych. Auburn Reed poznajemy w momencie trudnej sytuacji życiowej zmuszającej bohaterkę do poszukiwania kolejnej pracy, która pozwoli jej na zdobycie tak bardzo niezbędnych dodatkowych pieniędzy. Zupełnie przypadkiem mija dom obklejony różnorakimi karteczkami zawierającymi bądź co bądź intymne wyznania anonimowych ludzi, jednak nie tylko to zwraca jej uwagę. Na drzwiach domostwa wisi ogłoszenie o pracę i w ten sposób poznaje Owena - drugiego, równoległego bohatera. Owen Gentry okazuje się być malarzem przelewającym wstydliwe wyznania ludzi na piękne i pełne pasji obrazy. W ten właśnie sposób ich losy splatają się, a późniejsze następstwa tego osobliwego spotkania mają niespodziewane, odmienne dla każdego z nich konsekwencje.

Nawet nie zdajecie sobie sprawy, jak trudne było dla mnie skoncentrowanie fabuły książki w kilku krótkich zdaniach, ponieważ jest wielowarstwowa i mnogość poruszanych w niej kwestii potrafi przyprawić o zawrót głowy. Trudno mi ją nawet nazwać literaturą romantyczną, gdyż mimo częstego pojawienia się tego wątku, miewa jednak elementy charakterystyczne dla literatury obyczajowej. W Confess żadna problematyka nie jest dominująca, wszystko zdaje się składać w jedną spójną całość, poruszając w sposób niesamowicie naturalny i nie wymuszony wiele aspektów ludzkiego życia, takich jak problemy rodzinne, bezsilność wobec choroby, czy szukanie pewności siebie. Colleen Hoover balansuje na linii dobrego smaku niczym perfekcyjna akrobatka, nie przeginając ani nie przesładzając w absolutnie żaden sposób, co tylko wzmaga realizm opisanej historii. Przyznam, że ciężko dobrać mi słowa, które oddałyby co czułam czytając te niespełna 300 stron. Można by powiedzieć, że jej przesłanie "dorasta" wraz z czytelnikiem. Zawarte w książce wyznania, które podobno są prawdziwe, poruszyły mnie do głębi, czasem szokowały i wręcz skłaniały do życiowej refleksji. Confess jest jedynym tytułem, przy którym zastanawiałam się, jak będę go odbierać w dalekiej przyszłości, kiedy nabiorę nowych doświadczeń, kiedy być może stanę przed wyborami, przed problematyką poruszaną na karteczkach i czuję, że będę się z nim witać jak ze starym przyjacielem opowiadając sobie wzajemnie jak bardzo życie zmieniło sposób, w jaki wzajemnie siebie postrzegamy.

W mojej głowie roi się jeszcze milion zdań, którymi chciałabym dopełnić ten tekst, jednak znając siebie i tak nie byłabym usatysfakcjonowana wynikiem końcowym. Nie wiem jaki był poziom poprzednich dzieł autorki, jednak jeżeli jest choć trochę zbliżony do tego, czego doświadczyłam w tym przypadku, to mogę spać spokojnie. Jedyną wadą, jaką miałam okazję zauważyć było tylko słabo wykonane tłumaczenie, które w kilku momentach odbierało przyjemność z czytania, ponieważ postaci miały czasem zbyt mechaniczne i pozbawione emocji wypowiedzi. Mimo to, zdecydowanie polecam tę książkę każdemu, kto lubi historie niebanalne i bez z góry znanego zakończenia, ponieważ Confess zaskakuje i to w najmniej spodziewanych momentach.



Zapowiedzi wydawnicze - maj

Zapowiedzi wydawnicze - maj



Ku mojemu zaskoczeniu maj okazał się miesiącem, w którym pojawi się zaskakująco dużo interesujących mnie książek, które z pewnością prędzej czy później zakupię. Są to zarówno kontynuacje serii, jak i książki wydawane oddzielnie. Muszę również przyznać, że zauważyłam skok pod względem jakości projektów okładek i bardzo, ale to bardzo mnie ten fakt cieszy bo wychodzi na to, że czytelnik jednak zauważa aspekt wizualny książki i mówi o tym głośno (ostatnio w sumie nawet było sporo dyskusji na ten temat w internetach), na co wydawnictwa w końcu zaczęły reagować. Nic, tylko czytać i zachwycać się co raz to większą biblioteczką!





Confess, Coleen Hoover

"Niewypowiedziane pragnienia, bolesna przeszłość i głęboko skrywane grzechy są dla Owena największą inspiracją. Utalentowany malarz kolekcjonuje anonimowe wyznania i przenosi je na płótno, zamieniając słowa w obrazy, w których ukrywa też własne tajemnice. Auburn pojawia się w jego galerii akurat wtedy, gdy Owen szuka asystentki. Dziewczyna od kilku lat walczy o odzyskanie normalnego życia i desperacko potrzebuje pieniędzy. Zakochanie się w przystojnym malarzu nie jest częścią jej planu, ale przekorne przeznaczenie stawia na swoim. Wydaje się, że Owen jest dla niej szansą na znalezienie ukojenia i wsparcia, a ona dla niego natchnienie i nowym kolorem w autoportrecie. Wzajemne uczucie dodaje życiu barw, jednak tajemnice zaczynają tworzyć rysy na ich związku. Auburn odkrywa, że przeszłość ukochanego może odebrać jej to, co dla niej najważniejsze. Głos serca podpowiada jednak, że miłość wymaga największych poświęceń".

Dlaczego jestem zainteresowana?

Zawsze byłam ciekawa twórczości Colleen Hoover, a jako że słyszałam w większości dobre opinie na temat tej książki, to właśnie z nią postanowiłam rozpocząć swoją przygodę. Spodobała mi się szczególnie niejednoznaczna relacja przedstawiona w opisie książki, co wskazuje, że tytuł ten nie będzie kolejnym beznadziejnym romansidłem. Jestem również ciekawa, jak pisarka uchwyci opisy obrazów, które z założenia będą  miały przekazywać emocje jednego z bohaterów.



Czereśnie zawsze muszą być dwie, Magdalena Witkiewicz

"Drzewo czereśni potrzebuje innego drzewa, aby rosnąć i dawać owoce. Tak jak człowiek, gdy kocha rozkwita. Zosia Krasnopolska otrzymuje w spadku od pani Stefanii zrujnowaną willę w Rudzie Pabianickiej. Rudera okazuje się domem z duszą uwięzioną w dalekiej przeszłości. Stary dom otoczony sadem, niegdyś bardzo piękny kryje sekrety swoich mieszkańców. Zosia powoli zgłębia jego tajemnice. Kiedy na jej drodze pojawi się Szymon, odkryje najważniejszy sekret: dowie się, czym są prawdziwa przyjaźń oraz miłość. Zrozumie, że tak jak drzewa czereśni muszą rosnąć obok siebie, by wydać owoce, tak ludzie muszą się kochać, by ich wspólna droga przez życie miała sens".

Dlaczego jestem zainteresowana?

O tej książce jest głośno, a nawet jeszcze nie pojawiła się na półkach księgarni. Czereśnie zawsze muszą być dwie jest pierwszą obyczajówką, która zwróciła moją uwagę, nie tylko za sprawą ogromu pochlebnych opinii w internecie, ale też samym opisem brzmiącym jak jeden z tych pięknych polskich filmów o naturze życia. Nie mam jeszcze tego tytułu w rękach, a już jestem zakochana!



Tysiąc pocałunków, Tillie Cole

"Wyobraź sobie, że otrzymujesz tysiąc małych karteczek i masz wypełnić je najpiękniejszymi momentami swojego życia. Jeden pocałunek trwa chwilę. Tysiąc pocałunków może wypełnić całe życie. Chłopak i dziewczyna. Uczucie powstałe w jednej chwili, pielęgnowane później latami. Więź, której nie był w stanie zniszczyć ani czas, ani odległość, która miała przetrwać już do końca.
A przynajmniej tak zakładali. Kiedy siedemnastoletni Rune Kristiansen wraca z rodzinnej Norwegii do sennego miasteczka Blossom Grove w stanie Georgia, gdzie jako dziecko zaprzyjaźnił się z Poppy Litchfield, myśli tylko o jednym. Dlaczego dziewczyna, która była drugą połową jego duszy i przyrzekła wiernie czekać na jego powrót, odcięła się od niego bez słowa wyjaśnienia? Serce Runea zostało złamane, gdy dwa lata temu Poppy przestała się do niego odzywać. Jednak, gdy chłopakowi przyjdzie odkryć prawdę, jego serce rozpadnie się na nowo".

Dlaczego jestem zainteresowana?

Skrywane tajemnice, wątki do rozwiązania i zagadki to coś, co lubię najbardziej a w połączeniu z wątkiem romantycznym mogą być mieszanką wręcz wybuchową. Zastanawia mnie jednak, jaki związek będzie miało tytułowe tysiąc pocałunków z fabułą książki.




Apollo i boskie próby - tom 2, Rick Riordan

"Po serii niebezpiecznych i, po prawdzie, upokarzających prób w Obozie Herosów Lester musi porzucić względnie bezpieczne tereny treningowe półbogów i udać się na przerażającą podróż przez Amerykę Północną. Gdzieś na Środkowym Zachodzie ma wraz z towarzyszami odnaleźć najniebezpieczniejszą ze starożytnych Wyroczni: nawiedzoną jaskinię, która może ujawnić odpowiedź na pytanie, jak Apollo może na powrót stać się bogiem, o ile wcześniej go nie zabije albo nie wpędzi w szaleństwo. Na drodze Apollina staje drugi z członków złowrogiego Triumwiratu, rzymski cesarz, którego zamiłowanie do rozlewu krwi i widowisk czyni Nerona barankiem. Aby przeżyć to spotkanie, Apollo będzie potrzebował pomocy syna Hefajstosa Leo Valdeza, czarodziejki Kalipso, która jest teraz śmiertelniczką, spiżowego smoka Festusa i innych niespodziewanych sojuszników po części znanych, po części nowych ze świata herosów".

Dlaczego jestem zainteresowana?

Tak, tak, tak! Jaram się Mroczną Przepowiednią od góry do dołu, bo dobór postaci w przypadku tej książki jest mieszanką wybuchową. Wielbię Leo, a jeszcze bardziej Apollina i już nie mogę się doczekać masy humoru, którą z pewnością dostarczy ta oryginalna parka. Nie oszukujmy się też, że co jak co ale przygody greckich herosów są chyba najlepiej poprowadzoną przez Ricka Riordana serią!




Żniwiarz - Pusta noc, Paulina Hendel

"Na pierwszy rzut oka Magda jest zwykłą dwudziestolatką. Czas wypełnia jej praca w małej księgarni oraz obowiązki domowe. To jednak tylko pozory, gdyż w wolnych chwilach, zamiast spotykać się z rówieśnikami, Magda tropi upiory rodem ze słowiańskich wierzeń. Z krainy umarłych ucieka najpotężniejsza istota, z jaką żniwiarze kiedykolwiek musieli się zmierzyć. Tymczasem między Magdą a Mateuszem, tajemniczym chłopakiem, który niedawno wprowadził się do miasteczka, zawiązuje się nić sympatii. Dziewczyna pokazuje Mateuszowi świat słowiańskich wierzeń, nie mając pojęcia, że już wkrótce ona i jej przyjaciele znajdą się w śmiertelnym niebezpieczeństwie".

Dlaczego jestem zainteresowana?

Osoby, które mnie znają wiedzą, że mam totalnego bzika na punkcie słowiańskich wierzeń. 
W związku z tym, gdy tylko zobaczyłam Pustą Noc w zapowiedziach od razu wiedziałam, że z pewnością po nią sięgnę. Świat niczym z przygód o Wiedźminie przyciąga mnie niczym magnes, a dodatkowy, tajemniczy wątek powiązany z Mateuszem wzmaga tylko ciekawość. 


Królewska klatka, Victoria Aveyard

"Mare jest pilnie strzeżonym więźniem zdanym na łaskę i niełaskę Mavena. Dręczą ją wspomnienia własnych błędów, a działanie Cichego Kamienia pozbawia ją mocy. Buntowniczka staje się dziewczyną bez błyskawic. Jednak i Maven otoczony jest wrogami. Z trudem utrzymuje kontrolę nad krajem oraz swoim więźniem. Mare czuje, że mimo nienawiści, którą żywi do Mavena, jest on prawdopodobnie jej jedyną szansą na przeżycie, zwłaszcza że Evangeline dąży do jak najszybszej egzekucji Czerwonej Królowej. Tymczasem Nowi i Czerwoni przygotowują się do wojny, bo nie chcą już dłużej pozostawać w ukryciu. Jest z nimi książę Cal, którego nic nie powstrzyma przed ratowaniem Mare. Kto rozświetli drogę buntowników, jeśli dziewczyna od błyskawic straci swoją moc? Już wkrótce ogień ogarnie wszystko i spali bezpowrotnie Notrę, jaką Mare znała".


Dlaczego jestem zainteresowana?

Jestem po pierwszej części, druga jest właśnie w drodze na poczcie, a trzecia pod koniec maja pojawi się na półkach i przyznać muszę, że moje oczekiwania są ogromne. Co prawda nie przywiązałam się jeszcze tak bardzo do tej serii, jednak jest w niej coś, co sprawia że często wracam pamięcią do przygód Mare,

Miasto kości, Cassandra Clare

Miasto kości, Cassandra Clare




Kilka dni temu postawiłam sobie pewien cel. Cel bardzo trudny do osiągnięcia, a na pewno w krótkim okresie czasu. Stwierdziłam, że to trochę wstyd nie ogarniać większości popularnych serii książkowych, a jako że i tak nie mam nic lepszego do roboty bo odkąd tylko wróciłam z Pyrkonu jestem masakrowana przez chorobę, to w końcu się zmobilizuję i zacznę nadrabiać zaległości. Na pierwszy cel wzięłam znaną chyba wszystkim serię o nocnych łowcach autorstwa Cassandry Clare. Wiem, wiem, właśnie w tym momencie powinna pojawić się laska w szarej todze i dzwonem w łapie wrzeszcząc “shame!”, no ale co zrobić - nigdy jakoś nie miałam okazji, ani nie pomyślałam wcześniej by ten stan rzeczy naprawić. Słyszałam za to bardzo dużo pozytywnych opinii, blogi wręcz opływają w treści o Darach Anioła i stwierdziłam że w sumie nic nie stoi na przeszkodzie, konstelacje są w dobrym ustawieniu i jak zwykle niewiemcoczytać, więc machnęłam szybki research w Legimi, pobrałam książkę i oto jestem przed wami - zakręcona, zmęczona ale nadal na własnych nogach i to z recenzją w zanadrzu!


Jeżeli jakimś cudem nie wiecie o czym jest książka, to pozwolę sobie szybko streścić. Opowiadana historia dotyczy Clary, piętnastoletniej, rudowłosej dziewczyny, która pewnego dnia pojawia się w niewłaściwym miejscu i o niewłaściwej porze. Okazuje się, że podczas imprezy natrafia na wspomnianych wcześniej nocnych łowców rozprawiających się z demonem. Dodatkowo, jeżeli dziwnych zbiegów okoliczności byłoby za mało to jej matka znika zaraz po odbyciu ze swoją córką niepokojącej rozmowy pełnej trzasków i hałasu, a po powrocie do domu dziewczyna zastaje potwora, który ewidentnie nie ma przyjaznych zamiarów. To tyle, jeżeli chodzi o nie zdradzanie fabuły. Wspomnę, że podobnych wątków jest naprawdę cała masa, bo znajdziemy tu pół-anioły, demony, wróżki, elfy, wampiry a nawet wilkołaki i to w zupełnie nowoczesnym, świeżym i dostosowanym do obecnych realiów wydaniu.


Miasto kości jest pomieszaniem typowej fantastyki z literaturą młodzieżową, co jest widoczne w sposobie kreacji bohaterów. Mamy tutaj do czynienia z postaciami młodymi nie tylko ciałem, ale i duchem. Główna bohaterka jest krnąbna, pyskata i niestety bardzo często lekkomyślna, czym doprowadzała mnie niejednokrotnie do szewskiej pasji. W sumie jest to chyba jedyna konkretna wada Darów Anioła, która dla części osób z pewnością będzie nie do przejścia. Trudno jest bowiem pogodzić się z głupotą ze strony bufora napędzającego akcję. Nie mam pojęcia czy Cassandra Clare specjalnie chciała zabić starszym czytelnikom ćwieka, czy nieświadomie zrobiła z protagonistki delikatnie mówiąc idiotkę. Nie raz i nie dwa zdarzy się, że dziewczyna podejmie decyzję, by za sekundę się z niej wycofać i obarczyć winą innych bo “ja chciałam ale nie chcę, bo wy pewnie tego chcecie bardziej niż ja, więc się postawię!” - i tak to wyglądało. Za każdym cholernym razem.


Co do reszty, czyli bohaterów drugoplanowych, to nie mam absolutnie nic nikomu do zarzucenia. Postaci są ciekawe, każda ze swoim bagażem doświadczeń i indywidualnym podejściem do świata tworzy z każdego rozdziału przyjemną grę kontrastów, świetnych zresztą w odbiorze. Od czasów Dworu mgieł i furii nie zgrzytałam tak zębami na poprowadzone relacje i z napięciem śledziłam rozwój fabuły, trzaskając czytnikiem za każdym razem kiedy coś nie szło po mojej myśli - a było tak często. Mimo wszystko jestem bardzo usatysfakcjonowana z tego, jak poprowadzone wydarzenia się potoczyły i czekam na rozwój wydarzeń w kolejnych częściach. Tylko błagam, niech ta Clary w końcu dorośnie. Wykreowany przez Cassandre Clare świat jest obłędny. Opisy budynków, miast i przeszłości są tak przyjemne, że niesamowicie łatwo jest zatopić się w bardzo realistycznych wyobrażeniach. Mam nadzieję, że w kolejnych tomach wątki zarówno postaci jak i kolejne opisy będą zdarzały się jak najczęściej, bo to właśnie one sprawiają, że tę książkę chce się czytać możliwie jak najdłużej!


Gdybym miała jakoś specjalnie podsumować pierwszy tom Darów Anioła, byłoby to bardzo trudne. Książka ta wywołała niemały huragan w mojej głowie i zrobiła spore przemeblowanie. Muszę przyznać, że jestem zaintrygowana i to mocno, pokusiłabym się nawet o stwierdzenie, że mam taki lekki syndrom sztokholmski względem tej książki. Z jednej strony durna protagonistka zamęcza mnie psychicznie, a z drugiej cała ta bogata otoczka i ogromny świat przyciągają jak magnez. I cóż mogę wam powiedzieć innego niż to, że polecam? Książki po prostu dobre, lub złe są nudne, a w tym przypadku zapewniam - ta poplątana z pomieszanym koncepcja sprawdza się idealnie.
Copyright © 2014 moja booktopia , Blogger