Ostatni namsara, Kristen Ciccarelli

Ostatni namsara, Kristen Ciccarelli





Asha to imie, które wywołuje strach wśród mieszkańców Firgaardu. Jest w końcu Iskari, będącą ucieleśnieniem gniewu i zniszczenia. Dziewczyna poznaczona wieloma bliznami od smoczego ognia skrywa jednak swą prawdziwą twarz, bowiem za wszelką cenę stara się zetrzeć swe dawne grzechy. W końcu lepiej, by wszyscy się bali, niż potępiali i szydzili, a w końcu tak to wszystko mogło się skończyć. Popełniła czyn straszny, w wyniku którego zginęły tysiące niewinnych ludzi, a teraz stara się odkupić nie tylko w oczach innych, lecz i swych własnych, robiąc to, co wychodzi jej najlepiej, czyli polując na mityczne smoki. Jednym z ostatnich czynów, by pozbyć się wstydliwej przyszłości jest poślubienie kogoś, kogo nie kocha. Los daje jej jednak inne wyjście, gdyż może oczyścić się z zarzutów pozbywając się sprawcy wszystkich tych cierpień - Kozu, najpotężniejszego z żyjących smoków. Czy będzie to jednak podróż jedynie po zemstę?

Ależ się stęskniłam za typową fantastyką! Taką klasyczną, o poważniejszym tonie i naładowaną treścią, nad którą trzeba się zastanowić. Nic więc dziwnego, że gdy tylko usłyszałam pierwsze opinie o nowej książce Kristen Ciccarelli to skuszona pozytywnym odzewem postanowiłam po nią sięgnąć. Było to nie lada wyzwanie po strasznie długim czasie czytania praktycznie samych młodzieżówek, ale nie powiem, warto było się przegryźć przez początek, by doświadczyć tej historii. Styl wypowiedzi bije po oczach podobieństwem do klasycznego fantasy znanych twórców i muszę przyznać, że przyjemnie się to czytało, tym bardziej że tego typu kreacja zdaje się powoli zanikać na rzecz prostych, niewymagających myślenia form.

Tytuł wyładowany jest intrygą typową dla królewskiego dworu, obleczoną baśniowym klimatem pełnym fantastycznych bajań. Autorka wykreowała bowiem świat, w którym legendy naprawdę żyją. Żyją w ludziach i to oni opowiadając je budzą dawne dzieje do życia. Nie jest to jednak nic dobrego, bo snucie ich przyciąga to, co niebezpieczne i łaknące mocy, jakie w sobie drzemią - smoki. Gady przedstawione są w sposób rewelacyjny. Z jednej strony wielkie i majestatyczne, z drugiej z typowymi ludzkimi cechami, będącymi ich największą zgubą, czym autorka ponownie skradła moje serce, bo w końcu taki obraz tych potężnych stworzeń często pojawia się w klasyce gatunku. Warto wspomnieć, że opowieści pełnią jednak o wiele większą rolę w tej książce. Prócz oczywistej mocy, jaką potrafią obdarzyć, są też nierozłączną częścią opowiadanej przez autorkę historii, dlatego też co rozdział możemy uświadczyć przyozdobione misternymi rycinami legendy o dawnych dziejach świata i faktach historycznych, wyglądających niczym strony wydarte z zakazanej księgi.
Do samych bohaterów ogólnie nie miałam też zastrzeżeń poza jedną, jedyną osobą. Totalnie nie potrafiłam znieść kuzynki głównej bohaterki i za każdym razem, gdy tylko się pojawiała, wszystko w środku mnie skręcało. Miałam dziwne wrażenie, że opowieść zdecydowanie traci na jej obecności, a to przez głupie sytuacje, czy idiotyczne pytania, na które zresztą znała odpowiedzi.

Tak, jak miałam okazję wspomnieć wcześniej, mało ostatnio mamy na rynku wydawniczym porządnej, zagranicznej fantastyki od nowych twórców. Wiadomo, starzy wyjadacze w dalszym ciągu nas zadowalają, jednak z przyjemnością sięga się po nowe nazwiska na sklepowych półkach. W końcu przyjemnie poznaje się świeże punkty widzenia na, bądź co bądź wykorzystane już motywy i daje się zaskoczyć zupełnie nowymi koncepcjami. Ostatni namsara jest zdecydowanie jedną z takich pozycji i jeżeli wam również brakuje oldschoolowych klimatów, to polecam się w nią niezwłocznie zaopatrzyć.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu


Przesilenie, Katarzyna Berenika Miszczuk

Przesilenie, Katarzyna Berenika Miszczuk




W końcu, po długim czasie oczekiwań Katarzyna Berenika Miszczuk wydała ostatni już tom cyklu Kwiat Paproci. Przyznam, że żegnam się z tą serią z lekkim smutkiem, bo zapałałam niemałą sympatią do Bielin i jego mieszkańców. Nie ma jednak tego złego, co by na dobre nie wyszło, bo w zamian otrzymaliśmy naprawdę zgrabnie domknięty wątek. Teraz pewnie nurtuje Was pytanie, czy czwarta część dorównała poprzednim? A może przekreśliła urok  pozostałych dzieł autorki?

Po wydarzeniach, które miały miejsce w Żercy, Gosława stara się za wszelką cenę przekonać Mieszka, że to właśnie z nim zaszła w ciążę. Na domiar złego wizyty Swarożyca stają się co raz częstsze i dziewczyna zdaje sobie sprawę, że już niedługo będzie musiała oddać mu obiecaną przysługę. Czy w całym tym natłoku niespodzianek i zawirowań uda się jej znów przechytrzyć bogów?

Tradycyjnie, jak na tę serię przystało, bawiłam się wręcz znakomicie. Akcja żwawo zmierzała ku końcowi, nie dając ani chwili na nudę. W końcu prócz oczywistego wątku głównego, wplecionych zostało również wiele innych ciekawych wydarzeń pobocznych, które w swej komiczności potrafiły doprowadzić człowieka do łez. Gosława nic a nic się nie zmieniła. Dalej jest tą samą niezrównoważoną i lekkomyślną osobą. Czasami miałam nawet wrażenie, że autorka specjalnie pisała książkę w taki sposób, byśmy wiedzieli więcej od samej głównej bohaterki i kręcili głową z niedowierzaniem, że jeszcze sama na dane wnioski nie wpadła. Fabuła została poprowadzona pierwszorzędnie. Wszystkie wątki zostały nareszcie zadowalająco pozamykane. Pozostał jedynie lekki niedosyt, bo tytuł kończy się w takim momencie, że z jednej strony wiemy, że nie ma co więcej drążyć tematu, a z drugiej to poczytałoby się jednak o kolejnych perypetiach Gosi.

Przesilenia chyba nawet nie muszę tym razem jakoś szczególnie podsumowywać, w końcu ostatnia część sama w sobie jest obrazem całego dorobku pisarki.  To niesamowita książka, o jeszcze bardziej niesamowitym zakończeniu i z pewnością każdy, kto czytał pozostałe dzieła Katarzyny Bereniki Miszczuk nie będzie zawiedziony i tym razem. Słowiański świat pochłonął mnie bez reszty, a rytuały i obrzędy dodały książce jeszcze więcej charakteru. Dzięki tej serii legendy dostały nowe życie, ukazując w naszych głowach małe ziarenko swej dawnej świetności.


Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu






Shinrin-yoku. Sztuka i teoria kąpieli leśnych, dr Qing Li

Shinrin-yoku. Sztuka i teoria kąpieli leśnych, dr Qing Li




W dobie pośpiechu i wiecznego gonienia za ustalonym celem, ludzie zgubili gdzieś umiejętność wyciszenia i doceniania otaczającego ich świata. Nic dziwnego, przy obecnym tempie życia, ciężko jest w końcu utrzymać się na powierzchni i żeby coś osiągnąć, faktycznie trzeba wykorzystać maksimum swojego czasu. Z tego wszystkiego zapominamy o błogości młodych lat, gdy potrafiliśmy tak po prostu leżeć na trawie i obserwować niebo. Kiedy wszystko wydawało się proste, kiedy dołki były przejściowe, a nie ciągnęły się tygodniami i człowiek tak zwyczajnie czuł się lepiej. Nigdy nie zastanawiałam się skąd może to wynikać, aż do momentu, gdy sięgnęłam po Shinrin-Yoku.

Shinrin-Yoku ciężko jest uplasować w jakimś konkretnym typie literackim. To zarówno poradnik, jak i zbiór krótkich opowiadań badanych osób na temat obcowania z drzewami i praktyką spacerów leśnych. Czym konkretnie są kąpiele leśne? To najzwyczajniejsze, bezpośrednie obcowanie z naturą. Autor stara się nam uświadomić, jak wielką rolę w życiu człowieka odgrywają lasy i jak pozytywnie potrafią wpłynąć na odporność i samopoczucie. Opowiada, jak za sprawą zwyczajnych kilkugodzinnych wypraw nasze zdrowie może polepszyć się na miesiące, chroniąc nas tym samym przed wieloma poważnymi chorobami.Posiada w sobie również ogrom informacji naukowych, których nie powstydziłaby się żadna poważna książka przyrodnicza. Znajdziemy tu wykresy, obliczenia oraz badania statystyczne przedstawiające jak ważnym elementem naszego życia jest praktykowanie metod doktora Qing Li.

Nie martwcie się jednak, że może być w związku z powyższym trudna w odbiorze - absolutnie! Wszystko podane jest jak na tacy i będące zrozumiałym nawet dla największego laika. Dzieje się tak za sprawą rozlicznych przemyśleń i wplatanych opowieści z życia autora. Do tego wszystkiego konstrukcja stron jest niesamowicie przejrzysta. Czcionka jest dość spora, a tekstu mało, pozwalając tym samym skupić się na konkretach i przesłaniu oraz wczuć się w zapierające dech w piersiach fotografie. Bardzo ucieszył mnie fakt, że prócz oczywistego obcowania z lasem, zostały przedstawione metody domowe, dla osób które faktycznie czasu nie mają. Wszystko jak widać da się obejść i nawet we własnym zaciszu możemy wdrażać wskazówki doktora.

Shinrin-Yoku to książka, obok której ciężko jest przejść obojętnie. Pięknie zaprojektowana okładka i zdjęcia pojawiające się praktycznie na każdej stronie potrafią zwrócić uwagę potencjalnego czytelnika. Ciężko mi jej nie polecić, niesie ze sobą w końcu wielki bagaż wiedzy teoretycznej i praktycznej, nawet z zakresu prawidłowego oddychania. No nic, pozostaje mi zacząć wprowadzać pewne zmiany w życie i przekonać się na własnej skórze, czy kąpiele leśne mają tak zbawienny wpływ, jak zapewnia dr Qing Li.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu


Bad Boy's Girl 2, Blair Holden

Bad Boy's Girl 2, Blair Holden




Jadąc na fali mojego absolutnego zauroczenia książką Bad Boy's Girl, postanowiłam od razu sięgnąć po część drugą. Po tak drastycznie uciętym zakończeniu, intensywnie oczekiwałam przesyłki od wydawnictwa i z zapałem spałaszowałam całość w jeden dzień. Gdy emocje w końcu opadły i zaczęły pojawiać się pierwsze wnioski, były one niestety słodko-gorzkie.

Po burzliwych wydarzeniach wieńczących część pierwszą, Tessa i Cole wyruszają na upragnione studia. Wielka miłość trwa nadal i z pozoru nic nie jest w stanie jej zachwiać. Dawne demony nie dają jednak za wygraną i pozornie idealny związek zostaje poddany nowym próbom. Para za wszelką cenę szuka sposobów na połączenie dwóch tak różnych światów, jednak czy jest to możliwe? Jak wiele może wytrzymać relacja w obliczu strachu przed zranieniem i porzuceniem? Nastolatkowie postanawiają raz jeszcze walczyć o wspólną przyszłość, na przekór wszystkiemu i wszystkim. 

W dalszym ciągu chciałabym podtrzymać moje stwierdzenie, że książki zostały bezsensownie podzielone, bo w połowie lektury dopiero zaczyna się faktycznie drugi tom i przez to raz jeszcze dostajemy przypomnienie sytuacji, z którymi dopiero co mieliśmy styczność, co jest delikatnie mówiąc dziwaczne. Tak samo przebieg fabuły zbytnio nie różni się od poprzednika. Dalej nie jest to coś ambitnego i lawiruje w dość przyziemnych tematach, ale ciągle wywołuje przyjemne emocje podczas lektury. Na pocieszenie, w końcu dostajemy porządnie zamknięte zakończenie, mające ręce i nogi, a oczekiwanie na kolejną część nie jest aż taką męczarnią. 

Bad Boy's Girl 2 nie zrobiło na mnie aż takiego wrażenia, jak poprzednik. Dostaliśmy praktycznie to samo i szczerze mówiąc niewiele się tu dzieje. Cały czas wałkowany jest ten sam problem, który powoli zaczyna wychodzić bokiem. Jasne, spotykamy na swojej drodze nowych bohaterów, dostajemy nowe sytuacje, ale gdzieś z tyłu głowy chodzi myśl, że jednak dalej jest to zupełnie to samo, ale w innej oprawie. W dalszym ciągu, książka jest poprawna ale tym razem brakuje jej tego "czegoś", co może przyciągnąć czytelnika. Odnoszę nawet wrażenie, że albo gra ona niejako rolę wypełniacza do kolejnej odsłony cyklu, albo autorka stworzyła tasiemca, który na dłuższą metę nie będzie miał już nic więcej do zaoferowania. 

Czy zatem warto sięgać po kolejny tom? Czy może jest w nim coś dobrego? Z pewnością ogromy plus mogę przyznać kreacji postaci. Widać, że bohaterowie w wyniku pewnych wydarzeń dojrzewają, a ich charakter ewoluuje. Oczywiście wszystko okraszone jest odpowiednią dozą realizmu, dzięki czemu nie uświadczymy nagłych transformacji Tessy w twardą babkę, a Cole nie stanie się facetem bez przeszłości. To jedno sprawia, że totalnie nie skazuję na skreślenie całej opowieści i daję jej szansę na poprawę w trzeciej części, która pojawi się już niebawem.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu



Bad Boy's Girl, Blair Holden

Bad Boy's Girl, Blair Holden





Nigdy nie byłam jakoś specjalnie przekonana do dzieł wywodzących się z zyskującego na popularności serwisu Wattpad. Zazwyczaj po kilku stronach albo umierałam z nudów albo kończyłam plaskając się w czoło ze zdumienia, jak można takie szroty przepuszczać do druku. Dla niewtajemniczonych, Wattpad jest stroną, gdzie dosłownie każdy może opublikować własną książkę - w całości, lub częściach i na postawie polubień czytelników otrzymują odpowiednie miejsce w rankingu. W ten sposób powstała spora społeczność aktywnie działających tam, aspirujących pisarzy. O ile ten pomysł bardzo mi się podoba, bo popularyzacja tego typu inicjatyw jest jak najbardziej rzeczą pozytywną, to niestety łatwo o natrafienie na koszmarek, którego później nie da się odzobaczyć ( przykładem mogą być te wszystkie dziwaczne fanowskie opowiadania o członkach boys bandów). Nie powiem, Bad Boy's Girl zapewne w którąś z tych specyficznych nisz trafia, ale mimo wszystko całkiem ładnie wybiła się na tle Wattpadowych cudaków. Dlaczego?

Tessa zdecydowanie nie jest osobą, o której można by powiedzieć, że miała życie usłane różami. Trudne dzieciństwo, pełne szyderstw ze strony rówieśników odnośnie jej obfitej tuszy skutecznie stłamsiło poczucie własnej wartości dziewczyny. Na domiar złego Jason, którego od zawsze darzyła uczuciem widzi w niej jedynie przyjaciółkę, a jego przyrodni brat Cole jest największym utrapieniem na świecie, starającym się za wszelką cenę obrzydzić jej egzystencję. Później wcale nie jest lepiej - zostawia ją najlepsza przyjaciółka Nicole, stając się nagle jej największym oprawcą. Co gorsza, zaczyna chodzić z obiektem westchnień Tessy. Akcja rozgrywa się w ostatniej klasie szkoły średniej, gdy nastolatka marzy jedynie o tym, aby szkoła dobiegła już końca i robi absolutnie wszystko, by pozostać niezauważoną. Niestety, przyszłość ma dla niej inne plany i stawia na jej drodze osobę, której miała nadzieję już nigdy nie zobaczyć. Cole Stone wraca do miasta po kilkuletnim pobycie w szkole wojskowej i wszystkie dawne koszmary znów mogą wrócić do porządku dziennego. 

Ok, uściślijmy sobie jedno - nikt mi nie płacił, ani nie stał nade mną z biczem, kiedy pisałam ten tekst. Skąd w ogóle takie stwierdzenie? Bo muszę się Wam przyznać, że tytuł ten mi się...spodobał. Sama bym się nigdy nie spodziewała po sobie takich słów, na temat niesamowicie schematycznej książki z tak stereotypowym przebiegiem fabuły. No bo hej, co jest bardziej oczywistego od wroga, który nagle w magiczny sposób staje się obiektem westchnień? A tu klops, bo wszystko jest opisane tak konkretnie, z porządnym uzasadnieniem poszczególnych wydarzeń, że aż mam ochotę klaskać. Może to syndrom sztokholmski? Bo jak inaczej opisać fakt, że typowe romansidło mogło tak bardzo zaangażować mnie emocjonalnie? Znów czułam się jak podjarana nastolatka i przeżywałam wszystko na równi z główną bohaterką, choć dramatyzmu tu nie ma za wiele.

Postaci nakreślone są poprawnie. Nigdzie nie uświadczymy przesady czy wyolbrzymienia pewnych wzorców -  ot, zwykli ludzie z równie zwykłym życiem. Jak dla mnie to właśnie ta kwestia jest największym urokiem tego tytułu, bo pozwala on odpocząć od przesadzonych bohaterów, w ostatnim czasie nagminnie tworzonych przez pisarzy. Według mnie, to właśnie normalność jest czymś pożądanym bo właśnie z nią najlepiej nam się utożsamia. Co do samej akcji, jest dość liniowa i oczywista, aczkolwiek satysfakcjonująca i dająca czytelnikowi dokładnie to, czego oczekuje. Niestety największą wadą jest zakończenie i to nie ze względu na fakt, że zostało ono źle napisane, ale dlatego, że go zwyczajnie nie ma. Jak do tego doszło? Za sprawą specyficznej struktury Wattpadowych książek, które są wydawane często rozdziałami, trudno jest nie stworzyć po druku kolosa. Tak było i w tym przypadku, bo rozdziałów jest mnóstwo, co przełożyło się na dość grubą książkę, nie mieszczącą całej treści, w wyniku czego wydawnictwo zostało zmuszone do ucięcia fabuły w dziwnym miejscu. Lekki niesmak pozostał, tym bardziej że kontynuacja ma kawałek części pierwszej i resztę części drugiej. Może jednak lepiej byłoby stworzyć tomiszcze, ale za to z konkretnie postawioną kropką na opowiadanej historii?

Wiosna trwa w najlepsze, już powoli wchodzimy w lato i w takim okresie Bad Boy's Girl sprawdzi się zapewne wyśmienicie. Lekka, mało ambitna, jednak niesamowicie angażująca emocjonalnie historia jest czymś perfekcyjnym na ciepłe, leniwe dni. Może być też naprawdę dobrym  wstępem do zapoznania się z samym serwisem, z którego się wywodzi. Nie powiem, sama zaczęłam go częściej przeglądać i kto wie? Może znów trafię na jakąś perełkę?


Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu



Rycerze pożyczonego mroku, Dave Rudden

Rycerze pożyczonego mroku, Dave Rudden




Pamiętacie te czasy, kiedy będąc dzieckiem siedziało się pod kołdrą z latarką w ręce i książką w drugiej? Kiedy to potrzeba poznania dalszych losów bohaterów rozpierała człowieka od środka tak intensywnie, że z miłą chęcią zarywało się nocki i rano umierało z przemęczenia? W całym moim życiu miałam tylko kilka takich epizodów i towarzyszyły mi one głównie przy tytułach, które miło wspominam aż do dnia dzisiejszego. Nie sądziłam, że jeszcze kiedyś przyjdzie mi tego ponownie doświadczyć, aż do niedawna, gdy sięgnęłam po Rycerzy pożyczonego mroku.

Denizen Hardwick od długiego czasu przebywa w sierocińcu. Niewiele pamięta ze swojego wczesnego dzieciństwa, a rodzice są jedynie zamglonym wspomnieniem. Jakiś czas po jego trzynastych urodzinach, zupełnie niespodziewanie odwiedzić chce go ciotka, co jest dość sporym zaskoczeniem, gdyż do tej pory sądził, iż nie ma żadnych żyjących krewnych. Wszystko, co dzieje się później jest niczym jazda bez trzymanki. Nieoczekiwany zwrot wydarzeń popycha go do bractwa pożyczonego mroku, walczącego z istotami cienia. Żeby nie było, Denizen nie pała optymizmem w obliczu nowych obowiązków, a nowa rodzina zdecydowanie odstaje od jego oczekiwań.

Nie wytrzymam, jeżeli już na samym początku nie wspomnę, jak bardzo jestem zachwycona! Przyznam, że nie lubię kiedy książka ma opis twierdzący, że dany tytuł będzie świetny dla fanów Harrego Pottera, bo kojarzy mi się to z marną inspiracją zrobioną jedynie dla pieniędzy. W tym przypadku jednak określenie to jest perfekcyjnie dobrane, ale nie pod względem przebiegu wydarzeń, a odbioru podczas czytania. Autentycznie poczułam się znów jak dziecko, które zachłannie zgłębia kolejne strony opowieści. Wykreowany świat jest barwny, brak mu męczącej cukierkowatości, a postaci są wielowymiarowe. Podoba mi się fakt, że pisarz nie stara się za wszelką cenę ukazać  bohaterów jako bezsprzecznie dobrych. Ba, wprowadza nawet chaos, który utrudnia czytelnikowi rozpoznanie, które osoby są po stronie Denizena, a które mu zagrażają. Trudno też zarzucić cokolwiek samej fabule opowieści. Poszczególne wydarzenia miło się zazębiają i absolutnie nic nie wybija z lektury. I ten świat! Rycerze, demoniczne i karykaturalne stwory, intrygujący wymiar cieni, napierający na naszą rzeczywistość i czekający tylko na okazję by móc się wydostać, to zdecydowanie coś na miarę Okrutnej Pieśni, którą miałam okazję zachwycać się w zeszłym miesiącu. 

Opowieść o rycerzach to bardzo przyjemny tytuł i choć zdaję sobie sprawę, że jest przeznaczony dla młodszego czytelnika, to i tak taki staroć jak ja na spokojnie może czerpać z niego radochę. Nie bez przyczyny porównałam tę książkę do ostatniego dzieła Victorii Schwab, gdyż autorzy starają się wprowadzić nieco więcej mroku do prowadzonej opowieści i tworzą światy możliwie jak najbardziej rozbudowane. Miejmy nadzieję, że takich pozycji będzie w przyszłości coraz więcej, bo nie ma sensu niepotrzebnie upraszczać fabuły w obawie, że młodzież tego nie ogarnie.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu


Okrutna pieśń, Victoria Schwab

Okrutna pieśń, Victoria Schwab



Pierwszy kwartał już praktycznie za nami, a ja dopiero co mogę się z Wami przywitać w tym nowym roku! Czas leci jak szalony, a życie zdecydowanie nie rozpieszcza, przez co byłam zmuszona opuścić progi bloga na dłuższy czas, jednak mam nadzieję, że to już ostatnie takie zawirowanie i wszystko wróci na właściwe, spokojne tory. Ale, żeby nie było zbędnej prywaty, z miłą chęcią przejdę do perełki, którą miałam okazję przeczytać praktycznie w dniu premiery. Okrutna pieśń, bo taki tytuł nosi nowa książka od znanej wielu osobom Victorii Schwab, pojawiła się w styczniu i bazując na opiniach w sieci, przyjęła się niesamowicie dobrze, zdobywając tym samym serca nie tylko wiernych fanów, ale i nowych czytelników.


Wyobraźcie sobie, że nagle każdy Wasz uczynek ma swoje konsekwencje. Nie na zasadzie, jaka funkcjonuje dotychczas, że prędzej czy później się doigramy, czy też dosięgnie nas karma. Wyobraźcie sobie, że konsekwencja staje się bytem materialnym. Realnym urzeczywistnieniem wszelkich win i okrucieństwa, które tylko czeka, by dostać ludzi w swoje ręce. W takiej rzeczywistości muszą żyć główni bohaterowie Okrutnej pieśni - Kate Harker i August Flynn. Z dnia na dzień czara goryczy wszelkiej podłości się przelała, czego skutkiem było pojawienie się potworów. Nikt nie wie konkretnie dlaczego tak się stało. Może to świat stara się w ten sposób bronić przed ludzką podłością i krzywdą? A może przebudzono siłę, czekającą tylko na odpowiedni moment? W jednym z ocalałych miast ludzie ostatkami sił starają się zachować pozory normalności. Pielęgnują stare zwyczaje, udzielają się kulturalnie, edukują dzieci po to, by nie oszaleć ze strachu przed tym, co na nich czyha. Kate i August stoją jednak po dwóch stronach barykady. Dziewczyna jest następczynią swego bezwzględnego i okrutnego ojca, który włada połową podzielonego miasta. August zaś należy do rodziny przywódcy opozycji, kryjącej się w ruinach drugiej jego części. Ba, sam jest jedną z potwornych istot, których ludzie tak bardzo się obawiają, aczkolwiek nie dajcie zwieść się pozorom, bowiem nic nie jest tutaj po prostu białe lub czarne. Losy tej dwójki, choć diametralnie różne, w końcu się ze sobą łączą, a efekt tego niecodziennego spotkania zmienia losy nie tylko samych nastolatków, ale i wszystkich mieszkańców miasta. Powstają nowe podziały, nowe zagrożenia, jednak nawet w tym mroku jest miejsce na zacieśnienie nowych więzi.

Zastanawiacie się pewnie teraz, co konkretnie mnie w tej książce urzekło. Zabawnym, ale prawdziwym stwierdzeniem będzie to, że brakowało tam bardzo wielu elementów, do których zdążyłam przywyknąć w młodzieżówkach. Po pierwsze, mimo typowego dla nastolatków zachowania, brak w nich nadmiernej infantylności. Wszystko jest odpowiednio wyważone, nie męcząc tym samym czytelnika nadmiarem zbędnego przekomarzania się w dialogach, co zdecydowanie pozytywnie wpływa na klimat opowieści, który w założeniu ma się kierować ku urban fantasy. Drugą bardzo istotną sprawą jest brak jakiegokolwiek wątku romantycznego, choć w teorii istniała duża szansa na pojawienie się go, to jednak autorka nam tego zaoszczędziła. Tym lepiej, bo czytelnik w końcu może skupić się na genialnie zaprojektowanym świecie, zamiast śledzić kolejne miłosne podchody, uff! Trzecią i chyba najważniejszą sprawą jest zakończenie, które totalnie wybiło mnie z rytmu, bo czegoś takiego się nie spodziewałam. Nie mam zamiaru zdradzać o co dokładnie chodzi, bo lepiej będzie odkrywać Wam to samodzielnie, ale uwierzcie mi na słowo, jak dojdziecie do pewnego miejsca w fabule, to będziecie wiedzieć dokładnie o który moment mi chodziło, gdyż ciężko go przeoczyć.

Co do samej konstrukcji - nie mam absolutnie nic do zarzucenia. Świat jest niesamowicie złożony, a jego tajemnice odkrywane są kawałek po kawałeczku, nie dając czytelnikowi wszystkiego na tacy. Czasem można nawet odczuć pewien niedosyt, wynikający z pewnej celowo wprowadzonej dezorientacji. Ba, nawet po zakończeniu lektury jeszcze nie wszystko zostanie wyjaśnione, pozostawiając nas z dużym bagażem pytań. Przedstawione stwory, ich hierarchia oraz sposób powstawania są pierwszorzędne. Dawno nie spotkałam się z tak dobrze wykreowanym uniwersum, które ma naprawdę ogromy potencjał w przyszłości - lekką ręką możliwy do zekranizowania, bądź rozpoczęcia całkiem pokaźnego zbioru. Koncepcja jest oryginalna, ciekawa i wciągająca, zdecydowanie nie szablonowa i stająca dla mnie na podium obok innych popularnych tytułów.

Trzeba przyznać, że Victoria Schwab doskonale wie, czym skusić potencjalnego czytelnika. W końcu na rynku wydawniczym pojawiła się pozycja zdecydowanie odstająca od reszty, oddzielająca wręcz grubą kreską typowe "kopiuj-wklej" będące oczywistym rzutem na kasę miłośników konkretnych, nudnych już koncepcji. Mam szczerą nadzieję, że w przyszłości autorka uraczy nas jeszcze ciekawszymi wątkami, a ta unikatowość pojawi się również w kontynuacji, mającej swoją premierę już 10 października.


Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu



Kolekcja nietypowych zdarzeń, Tom Hanks

Kolekcja nietypowych zdarzeń, Tom Hanks



Ostatnio mamy ogromny wysyp książek pisanych przez aktorów oraz celebrytów i przyznać muszę, że zazwyczaj takie twory omijam szerokim łukiem. Tom Hanks jest jednak osobą, która sprawiła, że najpierw mocno się zastanowiłam nad tym, czy mam postąpić tak, jak dotychczas. W końcu jest to persona bardzo charakterystyczna i znana ze swojej wyśmienitej gry aktorskiej w kinowych hitach, takich, jak chociażby Forrest Gump. Dlatego też postanowiłam się temu tytułowi bliżej przyjrzeć, choćby po to, by sprawdzić co takiego Hanks ma nam do przekazania.

Kolekcja nietypowych zdarzeń to zbiór kilkunastu opowiadań z pozoru ze sobą nie powiązanych. Każde z nich rozgrywa się bowiem w różnych czasach, okolicznościach i społecznościach. Kiedy jednak przyjdzie nam się dokładnie w przedstawione historie zagłębić, zauważymy, że we wszystkich z nich pojawia się nawiązanie do maszyny do pisania. Oczywiście za każdym razem pełni ona zupełnie inną funkcję - niekiedy jest zaledwie drobnym wspomnieniem, czy narzędziem pracy. Czasem zaś wrotami do spełnienia dziecięcych marzeń. Warto nadmienić, iż w dalszym ciągu przedstawiana jest jako przedmiot, gdyż autor nie posuwa się do nadawania jej nadrzędnych funkcji, dostosowując do niej opowieść. Wygląda to tak, jakby starał się nam uświadomić, że to my dajemy wartość danej rzeczy i miarą tej właśnie wartości jest nasz wkład emocjonalny. To człowiek nadaje duszę przedmiotom i tylko on sprawia, że w jego rękach stają się czymś niezwykłym.

Tom Hanks pisze w sposób prosty, bez zbędnych udziwnień. Widoczne jest tutaj nadanie priorytetu przekazowi, choć tytuł bogaty jest również w różnorakie zabiegi literackie. Nie jest to może literatura najwyższych lotów, aczkolwiek zdecydowanie posiada swój urok. Podzielenie Kolekcji nietypowych zdarzeń na opowiadania nie dość, że pozwoliło autorowi rozwinąć skrzydła i sprawdzić się w opisywaniu różnych sytuacji, to dodatkowo przyniosło korzyść dla czytelnika, ponieważ osoby nie mające specjalnie dużo czasu na lekturę mogą sobie na spokojnie czytać po jednej historii na dzień, zupełnie nic nie tracąc. Łatwo jest też zrelaksować się przy przyswajanej treści, więc dobrze sprawdza się także jako lektura do łóżka przed snem. Sama dokładnie w taki sposób czytałam - zupełnie bez pośpiechu, delektując się nią kawałek po kawałeczku.

Kolejny tytuł trafił właśnie na moją listę zaskoczeń tego roku, urzeka on bowiem prostotą i takim przyjemnym uczuciem spokoju, które pojawia się podczas czytania. Kto by pomyślał, że kilka niepozornych opowieści potrafi tak wkręcić człowieka? Kolekcja nietypowych zdarzeń to świetny debiut aktora, nie przekombinowany i bezsprzecznie warty uwagi.

Za udostępnienie egzemplarza do recenzji dziękuję portalowi

Czytam i recenzuję na CzytamPierwszy.pl
Psiego Najlepszego, W. Bruce Cameron

Psiego Najlepszego, W. Bruce Cameron



Pierwszy śnieg już za nami, więc chyba można stwierdzić, że to dobry moment, by zacząć pisać o świątecznych tytułach. Dziś będzie o książce, której absolutnie się nie spodziewałam, gdyż informacja o niej pojawiła się dosłownie z dnia na dzień. Bruce Cameron, twórca pozytywnie odebranego "Był sobie pies" napisał nowy tytuł specjalnie na święta i tym razem również nie mogło się obyć bez wszechobecnych piesków wypełniających strony tej opowieści.

Josh Michaels jest typowym introwertykiem żyjącym w swojej spokojnej i poukładanej samotni. Stara się ułożyć sobie życie po burzliwym i bolesnym związku i choć cisza nie pozwala mu zapomnieć o tym co było, to działa chociaż kojąco na jego skołatane nerwy. Kiedy więc w przedziwnych okolicznościach przypada mu opieka nad gromadką małych, rozkosznych szczeniaczków, oraz ich mamą, jego życie przewraca się zupełnie do góry nogami. Na szczęście dobrych ludzi, chętnych do pomocy nie brakuje i kto wie, może wśród nich znajdzie się ktoś z lekarstwem na złamane serce?

Psiego najlepszego jest pozycją idealną na zimowe wieczory. Widać, że z premedytacją pisarz starał się o możliwie jak najlżejszy przekaz treści, bez wprowadzania zbędnego zagmatwania i chaosu. Z jednej strony szkoda, bo w wyniku tego zabiegu wiele ciekawych wątków zostało spłyconych, z drugiej zaś takie braki dają właśnie przyjemną, świąteczną opowieść. Przyznać muszę, że mimo tego, iż zazwyczaj wolę literaturę trochę bardziej ambitną, to i tak przeżyłam z dziełem Bruca Camerona niezwykle przyjemne chwile, gdyż jest to książka wyładowana ciepłem i ogromnymi pokładami miłości, jednak nie tylko tej romantycznej! Tak też o wilku, to znaczy, o psie mowa. Główny trzon historii stanowią perypetie Josha z psią gromadką. Cameron przedstawia zwierzęta niejako z ludzką twarzą, a sami bohaterowie ukazują unikalne podejście do czworonogów, z którym zdecydowanie warto się zapoznać. Może czasem zakrawa to o lekką przesadę, aczkolwiek sama koncepcja i chęć uzmysłowienia czytelnikom kilku spraw tyczących się prawidłowego podejścia do zwierząt są godne pochwały. Co się tyczy postaci, to skonstruowane zostały wzorowo. W końcu mamy do czynienia z realnym obrazem ludzi, których spotykamy na co dzień. Pisarz nie boi się sięgać po przeciętność, ba, w jego ręku staje się ona bronią, która tworzy tak dobry realizm sytuacyjny, że bez problemu można wczuć się w czytany tekst. Jeden jedyny zgrzyt napotkałam jednak w momencie, gdy pojawiła się druga równie ważna bohaterka. Z niewyjaśnionych przez autora przyczyn zachowuje się strasznie irytująco oraz irracjonalnie i szczególnie w tym przypadku szkoda, że nie pokusił się on na rozszerzenie wątku jej przeszłości, pozwalając tym samym zrozumieć nietypowe reakcje owej kobiety.

Mimo, że Psiego najlepszego jest już drugą z rzędu książką o psach, to i tak jest jak najbardziej udana. Może i było w niej kilka niedociągnięć, ale na szczęście w żaden sposób nie wpłynęło to na jej odbiór, dzięki czemu łatwo się przy niej zrelaksować. Tytuł ten polecam dosłownie każdemu, a jeżeli nie wiecie co sprawić bliskiej Wam osobie na świąteczny prezent, to zapraszam do księgarni. Czeka tam na Was okładkowy piesek, który z miłą chęcią przybędzie do nowego domu.

Za egzemplarz recenzencki dziękuję wydawnictwu

Copyright © 2014 moja booktopia , Blogger